Ośrodek Myśli Psychoanalitycznej
Instytut Filozofii i Socjologii PAN

Nieświadomość i pisanie – pełne zanurzenie

Stan skupienia nieświadomości – myślę – to stan właściwy cieczy. Drąży skałę. Przyjmuje kształt naczynia, w którym się znajduje. Bez niej nie byłoby życia na ziemi. Nieświadomość jest jak ciecz – napiera. Można jej stawiać opór, skuteczny do czasu, ona jednak płynie, a płynąc znajduje szczeliny, pęknięcia, nawet mała dziurka jej wystarczy, by zaczęła się ujawniać. Czasem nieświadomość kapie – kropelka tu, kropelka tam – jak deszczówka przez nieszczelny dach. Czasem płynie podziemną rzeką i podmywa fundamenty stabilnych, wiekowych budowli i konstrukcji, również tych teoretycznych. Czasem nie znajduje dojścia (a może ujścia?) i tylko opływa, obmywa z zewnątrz solidne mury wzniesione ręką świadomą swoich aspiracji, możliwości i wyuczonego fachu. Mury jednak, otoczone wodą, nasiąkają. We wnętrzach pojawia się wilgoć, potem pleśń. Nikt nie chce schodzić do wilgotnej piwniczki, gdzie kiśnie nieświadomość. Czasem jednak nieświadomość znajdzie przyjazną przestrzeń – człowieka, który jest jak naczynie, nie stawia zbyt silnego oporu. Wtedy nieświadomość chlusta dziwnymi snami, eksploduje twórczością, a ludzie mówią: artysta, dziwak, wariat.

Częściej jednak nic o niej nie wiemy. Nie wiemy, którędy płyną przez nas jej rzeki, gdzie wybiją jej strumienie oraz skąd nakapie nam na głowę w najmniej spodziewanym momencie.

Lubimy – my, psychoterapeuci – tropić nieświadomość u naszych pacjentów. Przeczuwamy, że w niej zawiera się ta iskra życia, której często brakuje, by pofragmentowana osobowość pacjenta uległa scaleniu i ujawniła się w swojej pełni. Czasem nam to się udaje i mówimy wtedy: to była udana interpretacja i trafny wgląd. Uważam, że takie oceny można formułować jedynie na podstawie zmian, jakie zachodzą w świadomości pacjentów, a nie na fali uwiedzenia czy wręcz upojenia własną przenikliwością i zdolnością łączenia wątków. Poznanie i rozumienie bowiem, nawet gdy są trafne, niekoniecznie skutkują trwałą zmianą. Pisze o tym Thomas H. Ogden w książce Budzenie się do życia:

„W ciągu ostatnich 70 lat w teorii i praktyce psychoanalizy niemal niezauważalnie doszło do radykalnej zmiany, której do niedawna nie potrafiłem nazwać. Transformacja ta polega na przesunięciu akcentu z psychoanalizy epistemologicznej (odnoszącej się do poznawania i rozumienia) na psychoanalizę ontologiczną (dotyczącą bycia i stawania się). Postrzegam Freuda i Klein jako twórców tej formy psychoanalizy, która ma charakter epistemologiczny, Winnicotta i Biona zaś uważam za tych, którzy wnieśli najpoważniejszy wkład w rozwój psychoanalizy ontologicznej. Odnalezienie właściwych słów na opisanie tego ruchu w psychoanalizie ma dla mnie duże znaczenie osobiste. Niniejszy artykuł to w pewnym sensie sprawozdanie ze zmiany, jaka dokonała się w moim własnym myśleniu: z przejścia od koncentracji na nieświadomych wewnętrznych relacjach z obiektem do koncentracji na zmaganiach, w które zaangażowany jest każdy z nas – zmaganiach o to, by pełniej zaistnieć jako osoba, która własne doświadczenie odczuwa jako realne i żywe”.

Jak zatem zbliżyć się do tego, co żywe, a jeszcze nieobecne lub nie w pełni obecne w naszym życiu? Niektórzy mówią, że nieświadomość trzeba tropić, szukać jej przejawów i podążać jej śladami. Ja uważam, że na nieświadomość trzeba przede wszystkim się otworzyć. To ona nieustannie szuka dostępu do nas, do naszej świadomości. Jest jak woda, która zawsze chce wypłynąć i się rozlać. Wystarczy zgodzić się, by iluzje dotyczące nas oraz naszego poznania i rozumienia siebie, świata i życia upadły, by zalały je wody nieświadomego – tego, czego tak długo nie chcieliśmy widzieć i wiedzieć.

Wydawać by się mogło, że oto stoimy u progu fantastycznej przygody – robimy miejsce dla nieświadomości, ona zaczyna płynąć i wypływa na powierzchnię świadomości, a nasze życie staje się żywsze, bogatsze, piękniejsze. Piękna utopia. Nieświadomość zawsze niesie ze sobą „więcej” – uczuć, skojarzeń, wspomnień. Chwieje się i ustępuje wobec niej to, co dotąd uchodziło za „pewne”, „oczywiste”, „niepodlegające dyskusji”.

Takie rozumienie nieświadomości budzi przerażenie. Nieświadomość jawi się tutaj jako siła destrukcyjna. Ma moc fali powodziowej, czy – w skrajnych przypadkach – fali tsunami, topi i niszczy. Nie jest wtedy pociechą myśl, że zalewane falami nieświadomości rozsypują się nasze iluzje i złudzenia. Te konstrukcje (mechanizmy obronne) miały nas chronić, a ich naruszenie wystawia nas na ból, którego chcieliśmy uniknąć. Żeby z tej przygody wyjść cało, a chcielibyśmy wyjść z niej „bardziej żywym”, potrzeba – jak mówi Winnicott – obiektu przejściowego, który może pełnić funkcję „kontenera”.

Nieświadomość, która wypływa na powierzchnię zdarzeń, czy to w snach, czy w rozmowach, które przybierają niespodziewany obrót, czy w zdarzeniach, które zaskakują, to zazwyczaj dotkliwa obecność wywołująca nieprzyjemną zmianę. Boli, złości, rani, niepokoi, a nawet przeraża. Trzeba dla jej strumienia tworzyć koryta, którymi mogłaby płynąć. Albo naczynia (kontenery), do których mogłaby się przelewać. Czasem, gdy intencjonalnie chcemy zrobić miejsce dla swojej nieświadomości, warto wydzielić całkiem rozległe przestrzenie czasu i miejsca, by mogła się tam rozlewać i zalegać. Jak jezioro, które zarasta i zamienia się w bagno, w torfowisko – wchodzić tam bywa niebezpiecznie, ale jest tam życie; życie się tam mnoży i przekształca w nowe formy. Taki bezpieczny rezerwuar nieświadomości na naszym terenie. Często nie ma niestety nic wspólnego z krystalicznie czystą, orzeźwiającą wodą życia.

Takim kontenerem intencjonalnie tworzonym dla nieświadomości może być twórczość, realizowana na przykład w postaci swobodnego pisania. Twórcze przeżywanie i przekształcanie życia – codziennych doświadczeń, poruszeń zewnętrznych i wewnętrznych bywa pracą z nadmiaru – wody nieświadomości nas zalewają i trzeba znaleźć dla nich regulowane ujście; swobodne pisanie może wtedy faktycznie pomóc. Może być też pracą z niedoboru – sensu, znaczenia codziennych zmagań i wysiłków; można ją podejmować z pragnienia, by źródła nieświadomości wybiły w naszym świecie, który postrzegamy jako jałowy i prawie martwy. Ogden pisze:

„Dla Winnicotta i Biona najbardziej podstawową potrzebą człowieka jest bycie i stawanie się w pełni sobą, co według mnie wiąże się z byciem bardziej obecnym i żywym w kontakcie z własnymi myślami, uczuciami i stanami cielesnymi; z coraz lepszym wyczuwaniem własnego niepowtarzalnego potencjału twórczego i znajdowaniem form, w których można ów potencjał rozwijać; z poczuciem, że wypowiada się swoje poglądy własnym głosem; ze stawaniem się pełniejszą osobą (być może hojniejszą, bardziej współczującą, kochającą, otwartą) w relacjach z innymi; z rozwijaniem humanitarnego i sprawiedliwego systemu wartości i zbioru norm etycznych itd.”.

Poniżej przedstawię próbę takiego swobodnego pisania – ponownego przeżycia i opracowania strumienia rzeczywistości, w której podczas zwyczajnej rozmowy z teściową pojawiły się treści wyparte, nieobecne przez lata i pojawiły się nieobecne przez lata uczucia – bliskości, zrozumienia, a następnie te przyjazne uczucia uległy przekształceniu w coś okropnego, prześladowczego.

W swojej pierwszej wersji tekst ten był moim ogdenowskim doświadczeniem ontologicznym. Pisałam i pisząc nie tyle przyglądałam się sobie w poszukiwaniu zrozumienia, lecz raczej byłam w jakimś sensie ponownie obecna w chwili, którą opisywałam i pozwalałam się nieść wydarzeniom i swojemu umysłowi, który równolegle opracowywał je, podsuwając słowa i konstrukcje zdań zgodne ze swoim czuciem opisywanych zdarzeń. Taki sposób swobodnego pisania jest doświadczeniem bycia i stawania się, co odpowiada procesom ontologicznym opisywanym przez Ogdena.

A potem myślałam o napisanym tekście, przekształcałam go i poprawiałam. Myślenie o tekście i przedstawionych w nim zdarzeniach to próba zrozumienia. Znajdowałam wtedy odpowiednie słowa zaczerpnięte z mistrzów psychoanalizy – wyparcie, rozszczepienie, przekształcenie, projekcja, pozycja schizo-paranoidalna, pozycja depresyjna. Ogden powiedziałby pewnie, że to słuszne, zakorzenione w tradycji psychoanalitycznej podejście epistemologiczne. Ale bliższe jemu byłoby chyba to pierwsze swobodne pisanie, ten proces tworzenia opowieści bliski procesowi przeżywania, bycia w dziejącym się „teraz”, bycia w relacji, która jest, a jednocześnie się zmienia. Podejście ontologiczne. Uważam, że ono znajduje swój bliski pełni wyraz w swobodnym pisaniu, aktach twórczych, wszelkiej działalności kreatywnej.

Akt lektury natomiast to proces epistemologiczny zawierający w sobie poznanie i rozumienie. Wydaje się, że bywa niezasłużenie utożsamiany z procesem zmiany.  Może dlatego jest tak wiele osób, które czytają wiele poradników i innej literatury popularnej w nadziei, że w ten sposób rozwijają się i pracują na upragnioną zmianę w swoim życiu. Doznają jednak rozczarowania. Lektury i zaangażowanie poznawcze nie zmieniają trwale ich życia. Potrzeba bowiem doświadczenia bycia, prze-życia. Takim aktem może być swobodne pisanie – poranne strony, pisanie pamiętnika, listów do siebie czy zapisków czynionych bez celu.

Żeby jednak nie pozostać w rozszczepieniu, przytoczę tutaj zdanie Ogdena, który jednakowo honoruje proces ontologiczny i epistemologiczny.

„Nie istnieje coś takiego jak psychoanaliza ontologiczna czy epistemologiczna w czystej postaci. Współistnieją one ze sobą we wzajemnie wzbogacającej relacji. Są to sposoby myślenia i bycia – formy wrażliwości, a nie „szkoły” myśli analitycznej lub zestawy analitycznych zasad czy technik. W pracach Freuda i Klein wiele jest aspektów ontologicznych, a w pracach Winnicotta i Biona – epistemologicznych”.

___

            Odchodzisz

Nie chciałam cię puścić. Zła matka, teściowa z koszmarów to bardzo pożądana postać w życiu szanującej się kobiety. Chciałam, byś była zawsze, była blisko – zła, złośliwa, chytra baba, której ukradłam synka.

Ale stało się i musisz odejść.

To stało się wczoraj, a narastało od dawna. Odkąd jesteś niesprawna, słabo sobie radzisz i nie wychodzisz z domu. Nie mogłam patrzeć, jak twój syn zaharowuje się, łącząc pracę i opiekę nad tobą. Nie mogłam patrzeć, jak mój mąż, nie dość, że pracuje dłużej niż całymi dniami, to jeszcze jeździ do ciebie stanowczo zbyt często. Zadeklarowałam więc pomoc – raz w tygodniu będę robić ci zakupy. I siądę razem z tobą do stołu, by wypić herbatę. Z obowiązku. Z nadzieją, że w ten sposób więcej będzie twojego syna dla mnie.

Udało się i zupełnie się nie udało.

Rok minął i musisz odejść, zła teściowo.

Jak to się stało?

To chyba przez moją ciekawość. Byłam ciekawa twoich sekretów. Od zawsze przeczuwałam, że masz tajemnice, którymi nie chcesz się dzielić. Ludzie mówią – trupy w szafie. Nie przypuszczałam, że to tak dosłowne – połowę swojego życia wyparłaś z pamięci. Nie dla mnie. Dla siebie. Żeby przeżyć.

I wczoraj ta połowa – pocięta, pokawałkowana, prawie martwa wypadła przy herbacie. Wzięłam długopis i zaczęłam spisywać – daty, miejsca, wydarzenia, fragmenty wspomnień, cytaty z mężczyzn, którzy byli ważni dla ciebie.

W tej historii – strasznej i smutnej – nie było żadnej dobrej kobiety, która mogłaby ci pomóc. Żadnej. Nie ma się więc co dziwić, że i ja nie mogłam być tą dobrą. Musiałam być tą złą – scenariusz nie przewidywał żadnej innej kobiecej roli.

Odeszłaś więc. Przywróciłam ci w rozmowie połowę twojego życia. Ono zmieściło się między nami. Nic już nie będzie takie jak kiedyś. Odkąd wylał się twój ból, nic już nie będzie takie jak kiedyś, mamo.

 

Fala

Minął wieczór, noc i poranek dnia następnego.

Byłam na spotkaniu, gdy zadzwoniłaś. Nie mogłam odebrać, więc przysłałaś sms: „Dlaczego wczoraj pytałaś mnie o przeszłość zawodową? Pozdrawiam”.

Szarpnął mną niepokój. Wzbudziły się stada myśli niespokojnych jak spłoszone nagle ptaki. Przez chwilę było przecież między nami tak dobrze, blisko, ciepło i serdecznie. Jak w domu u dobrej mamy. Skąd ten nagły chłód? Co się stało?

Oddzwoniłam. Niespokojnym głosem powtórzyłaś pytanie: „Dlaczego mnie wczoraj wypytywałaś o moje sprawy zawodowe? Czy ty robisz jakąś ankietę?”. W tle słyszałam głosy. Pewnie telewizor głośno chodził.

– Ja mamę wczoraj wypytywałam? No nie. Siedziałyśmy przy stole i rozmawiałyśmy. To była rozmowa – uspokajałam ją i siebie. – Przyszły do mamy różne wspomnienia. Ja to spisałam na kartce, żeby nie umknęło – daty, miejsca, zdarzenia. Zostawiłam tę kartkę na stole.

– No właśnie mam tę kartkę przed sobą. Czy ty robisz jakąś ankietę? Po co ci te informacje?

– Może mama się niepokoi, że mogłabym te informacje jakoś wykorzystać. Nie robię żadnej ankiety. Rozmawiałyśmy po prostu.

– No tak, dobrze. Przepraszam cię. Ja nic złego nie myślałam. Żadnych złych myśli nie miałam. Ja mam taki długi przewód myślowy – połączenie się skończyło i zostałyśmy każda ze swoim niepokojem.

Co się stało w czasie pomiędzy dwiema – tak różnymi – rozmowami? Co się wydarzyło w długim przewodzie myślowym teściowej, że dobra, bliska, serdeczna rozmowa uległa przekształceniu w formalne wypytywanie i zbieranie danych do ankiety? Czułam się okropnie. Jak esbek, który wypytuje, dręczy, docieka. Wielka opresja i wielka przykrość.

Postanowiłam porozmawiać z mężem. Szukałam kogoś, kto potwierdzi mi rzeczywistość.

Szczęśliwie okazało się, że mąż jeszcze wczoraj wieczorem rozmawiał przez telefon z mamą i ona była bardzo zadowolona z naszej wcześniejszej rozmowy. Mówiła o mnie dobre słowa i cieszyła się, że tyle rzeczy sobie przypomniała.

A jednak to było jakoś nie do wytrzymania. Może w nocy straszyły ją trupy, które wypadły z szafy? Może przestraszyła się swoich wspomnień? Tyle lat ukrywała je przed samą sobą. Nie bez przyczyny przecież. A teraz to wróciło. W naszej serdecznej rozmowie było to może jeszcze do zniesienia, jak opowieści o duchach snute w gronie przyjaciół skupionych wokół światła lampy. A potem nastała noc i została sama wobec swojej ciemności.

–––

– I co było dalej? – ciśnie się pytanie na usta. Dalej były powtórzenia: przybliżenia i oddalenia, połączenia i zerwania. Z czasem traciły na sile, a może to ja odczuwałam je z mniejszą intensywnością. Przestałam być w oczach teściowej „tą złą”, stałam się „tą pomocną”. Sama też uwolniłam się od przemożnego pragnienia, by dostać od niej coś dobrego. Uświadomiłam sobie, że chciałam dać jej dużo więcej niż cotygodniowe zakupy i wspólną herbatę przy stole. Chciałam dać jej relację niemal terapeutyczną – ze stabilną, przewidywalną i powtarzalną strukturą, z moją gotowością na to, by robić dla niej miejsce. A przecież nie jest moją pacjentką, ani ja nie jestem jej terapeutką. Odpuściłam sobie i jej.

Wzburzone wody nieświadomości ustąpiły. Nic nie zostało ostatecznie zniszczone. Nie udało się też wznieść pięknego, gościnnego pałacu z bujnymi ogrodami naszej relacji. Spotykamy się nadal, pijemy herbatę i rozmawiamy. Może tak być.

Redakcja:

  • dr Barbara Barysz, Instytut Filozofii i Socjologii PAN – sekretarzyni redakcji
  • mgr Agata Bielińska, Graduate School for Social Research – redaktorka
  • mgr Julia Jastrzębska, Polskie Towarzystwo Psychoterapii Psychoanalitycznej – redaktora
  • dr hab. Ewa Kobylińska-Dehe, Instytut Filozofii i Socjologii PAN – redaktorka
  • mgr Zbigniew Kossowski, Polskie Towarzystwo Psychoanalityczne – redaktor
  • prof. Andrzej Leder, Instytut Filozofii i Socjologii PAN – redaktor
  • dr hab. Adam Lipszyc, Instytut Filozofii i Socjologii PAN – redaktor naczelny
  • dr Antoni Zając, Wydział Polonistyki UW – redaktor

Kontakt: wunderblock@ifispan.edu.pl

ISSN: 2720-4391

Ośrodek Myśli Psychoanalitycznej