Ośrodek Myśli Psychoanalitycznej
Instytut Filozofii i Socjologii PAN

Co kryje ten las?

Szukamy, różnych słów: incydent, sytuacja, kryzys. Myślimy: granice, wojsko, niepewność. Możemy odwoływać się do różnych koncepcji, przywoływać obrazy i skojarzenia, pozwalając pracować nieświadomości. Istnieje jednak podstawowy, konkretny poziom, domagający się nazwania. W tym lesie są realni ludzie, realny jest ich głód, realne jest przerażenie, realne są bezdomność, zimno i śmierć z wycieńczenia. Bez uznania tego, bez próby wytrzymania z tą surową realnością istnieje niebezpieczeństwo, że chroniąc samych siebie, za szybko wycofamy się w myślenie symboliczne. Podobne sytuacje znamy z naszej pracy, gdy stajemy bezradni wobec przeżyć pacjentów, czując impuls, by ogrom bólu i zalewającej bezradności złagodzić natychmiastową interpretacją.

W 2021 roku władze Białorusi – w odpowiedzi na sankcje nałożone przez Unię Europejską z powodu sfałszowania wyborów prezydenckich oraz represji wobec opozycji – uruchomiły kanały przerzutu uchodźców m.in z Iraku i Syrii przez granice Unii Europejskiej. Granica ta pokrywa się ze wschodnią granicą dzielącą Polskę i Białoruś. W efekcie w przygranicznych lasach pojawiły się grupy uchodźców, którzy pragną przedostać się na terytorium Unii Europejskiej. Polska jednak nie chce ich przyjąć, a Białoruś nie pozwala wrócić im do domu. Sytuacja ta zaowocowała potężnym impasem. Od wielu miesięcy w lasach koczują grupy ludzi w stanie skrajnego wycieńczenia, wygłodzenia, wymagający natychmiastowej pomocy medycznej. Straż graniczna wyłapuje tych, którym uda się przejść na polską stronę, stosując nielegalną procedurę tzw. push-backów (odpychania od granicy) i ponownie wywozi migrantów do lasu. Kontakt z wywiezionymi grupami zostaje zerwany, aż do czasu, gdy w lesie odnajdywane są kolejne, często bezimienne, zwłoki. Jednocześnie służby państwowe uniemożliwiają złożenie wniosków o ochronę międzynarodową, łamiąc tym samym przepisy prawa unijnego. Choć sytuacja na granicy została niewątpliwie wyreżyserowana przez reżim Łukaszenki, to polskie władze oraz społeczeństwo zostało skonfrontowane z sytuacją kryzysu migracyjnego, który obecnie nosi już znamiona kryzysu humanitarnego.

Co dla Polski oznaczają obrazy koczujących w lesie ludzi, rodzin śpiących na bagnach i dzieci otoczonych kordonem strażników? Uchodźcy z państw ogarniętych wojną zostali wykorzystani w rozgrywce między dwoma politycznymi porządkami. Tym podającym się za demokratyczny oraz tym, który identyfikujemy jako totalitarny. Wydaje się, że sami uchodźcy wojenni wywołują nieświadome skojarzenie z traumą, która była udziałem ludności państw Europy Środkowej w przeciągu ostatnich stu lat. Ekstremalne doświadczenia, przeciążające aparat psychiczny, „ożywające” w psychice nieprzepracowane dotąd wydarzenia związane z II Wojną Światową uruchamiają lęk i następujące po nim fale projekcji. Jaka jest natura tego lęku?

Wydaje się, że ożywia on w naszym społeczeństwie wiele fantazji. Z jednej strony, dotyczą one lęku przed naruszeniem naszego bezpieczeństwa, przed zakłóceniem lub odebraniem nam życia, które dotychczas znaliśmy. Wydaje się, że lęk ten ma charakter najbardziej pierwotny i dotyka obawy przed załamaniem się ciągłości istnienia. Kraj może być wtedy utożsamiony z naszym ciałem, zmuszając nas do osłaniania naszych otworów, granic, chronienia delikatnej tkanki przed wtargnięciem, infiltracją i uszkodzeniem. Koncepcje Bick czy Anzieu wskazują na konieczność ukonstytuowania się czegoś, co nazywają oni psychiczną skórą. Jej podstawową funkcją jest scalanie doświadczeń/części rodzącego się self. Istotnym przejawem funkcjonowania psychicznej skóry jest wyznaczenie granicy, gdzie kończy się jaźń, a zaczyna „inny”. W efekcie pojawia się zdolność różnicowania przestrzeni na tę wewnętrzną i tę na zewnątrz, pojawia się zdolność do trójwymiarowości. Odwołując się do tych koncepcji, można wysunąć hipotezę, że jeżeli kraj zostaje w fantazji utożsamiony z ciałem, to jego granice polityczne mogą być przeżywane jak skóra, która oddziela nas od tego, co inne. Granica staje się wtedy gwarancją i ochroną przed dezintegracją, która mogłaby mieć miejsce w przypadku przerwania jej ciągłości. W świadomości społecznej może to nabierać charakteru biologicznego wręcz impulsu do przetrwania. O wspomnianej przeze mnie wcześniej procedurze push-backów można wtedy myśleć jako o próbie zwymiotowania czegoś, co może zaszkodzić ciału. Usuwa się więc z obrębu granic państwa/ciała „coś” szkodliwego. W ten sposób realizuje się filozofia mająca na celu oddzielenie podmiotu od jego znaczenia. Miejsce świadomości dotyczącej działań wobec realnych i konkretnych ludzi zajmuje konstrukt odnoszący się do oczyszczania organizmu, a więc i skóry, z toksyn. Człowiek zostaje zastąpiony „czymś”, w tym przypadku trucizną, co jest samym rdzeniem mechanizmu dehumanizacji. Przypomina to opisany w teorii wstrętu Kristevej konstrukt abiektu, który to jest ze swej natury czymś przeciwnym podmiotowi. Abiekt tłumaczony również jako Wymiot to, jak pisze Justyna Świerczyńska: „coś”, które „ja” nie uznaje za „coś”. To wyłaniająca się dziwność, odpychająca i prześladująca zarazem, zaburzająca tożsamość, system i ład. Wymiot jest radykalnie wykluczony, gdyż pociąga „ja” tam, gdzie sens się załamuje. Do świata nieistnienia i halucynacji, perwersji i obłędu, gdzie nie istnieją żadne zasady oprócz jednej – wstrętu. Owładnięty wstrętem podmiot, może odzyskać poczucie tożsamości tylko dzięki odrzuceniu uruchomionemu przez lęk. Lęk przed unicestwieniem oraz wrogość nabierają intensywności, a jedynym sposobem, by sobie z nimi radzić jest wyprojektowanie ich i umieszczenie w Obcym/Innym. To, co stłumione w nas, a rzutowane na innych, powraca jednak, by nas prześladować. Jest to również istota tego, co Freud nazwał niesamowitym i staje się sednem psychodynamicznego wymiaru obcości. Definiując niesamowite Freud pisze, że „jest to ta klasa przerażających rzeczy, która prowadzi z powrotem do tego, co jest znane jako stare i znajome”. W tym sensie to nie właściwości samego podmiotu (inny kolor skóry lub język) są przyczyną narastającego lęku czy wstrętu, lecz niemożliwość zasymilowania obcości w samym sobie. Niemożliwe do zniesienia, wyparte powraca, zapętlone w Innym, stojącym na progu naszego domu. Próbując oglądać tą dynamikę z innej strony, mamy do czynienia z tym, co Vamik Volcan nazwał zapotrzebowaniem na wrogów. Zbiorowości cofają się do pierwotnych dziecięcych zachowań, szukając obiektów, które mogłyby stać się dogodnymi celami eksternalizacji negatywnych i agresywnych reprezentacji. Tym samym grupa zyskuje napęd do podtrzymania własnej tożsamości nawet, gdy musi się w tym celu odwołać do prymitywnych mechanizmów obronnych, takich jak rozszczepienie. Pełni ono niezwykle ważną funkcję. Jak pisała Melanie Klein, pozbywając się z psychiki niewygodnych impulsów, możemy widzieć je teraz w innych, dla siebie zostawiając poczucie zagrożenia, oraz wynikający z niego przymus obrony. Mamy zatem do czynienia z „rozdzieleniem” reprezentacji, na Złego/Innego oraz Nas/Obrońców granic terytorium, granic naszego domu, naszej psychicznej skóry. Nie jest to wszakże jedyne rozszczepienie, którego doświadczamy.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Od początku inwazji Rosji na Ukrainę, Polska przyjęła około 10 milionów uchodźców wojennych. Niezwykły, oddolny zryw społeczny zapewnił ludziom uciekającym przed wojną dach nad głową, jedzenie, często też pracę. Gdy rozmawiałam z uchodźczynią, którą gości moja rodzina, powtarzała ona ze łzami w oczach: nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam, nigdy nie znajdziemy sposobu, żeby wam się odwdzięczyć! Jednocześnie ta sama osoba z całą stanowczością poparła decyzję polskiego rządu o niewpuszczaniu na terytorium naszego państwa uchodźców znajdujących się na granicy polsko-białoruskiej. Jak to możliwe, że w jednym miejscu naszej granicy budujemy mur, by w drugiej otwierać szeroko przejścia i przyjmować wszystkich, którzy deklarują, że potrzebują pomocy? Jak to możliwe, że osoba, która sama doświadczyła konieczności ucieczki z własnego domu, by ratować życie, jednocześnie tak zdecydowanie odmawia pomocy innym potrzebującym?

Mamy świadomą i nieświadomą pamięć wojennych doświadczeń. Jako społeczność polska przeżyliśmy traumę, stając się ofiarami. Lubimy przypominać sobie tę część naszej przeszłości. Do niej odwołujemy się, myśląc o ludności ukraińskiej. Pomijając trudną i skomplikowaną historię relacji z naszymi sąsiadami, pełną wzajemnie zadanych ran, dokonujemy prostych uogólnień i mentalnych skrótów. Łatwiej wtedy o empatię i współczucie. Przecież nawet wróg się zgadza! I nas zaatakowała Rosja, w 1939, siedemnaście dni po agresji hitlerowskiej, zostawiając wspomnienie rozdzierającej zdrady i niesprawiedliwości. Przywołując jeszcze raz teorię Volkana, można powiedzieć, że wojna rosyjsko-ukraińska aktywizuje w grupie wybraną traumę rozumianą jako wspólny mentalny obraz danego historycznego wydarzenia, w trakcie którego przodkowie grupy doświadczyli niemożliwej do opłakania straty, upokorzenia albo uczucia bezsilności z winy swoich wrogów. W tych lasach odtwarzamy zatem konstelację, w której bohatersko bronimy ludzi bezprawnie zaatakowanych. Może chcielibyśmy w ten sposób odwrócić bieg historii, fantazjując o tym, jak potoczyłyby się losy drugiej wojny światowej, gdyby ktoś ujął się wtedy za nami. Używając psychoanalitycznych terminów, możliwym wydaje się, że w swoich nocnych snach bronimy samych siebie, kontaktując się z upijającym poczuciem wszechmocy.

Wydaje się, że potrzebujemy granicy z Ukrainą, by móc dotykać również tej części naszej tożsamości, którą wiążemy z empatią, współczuciem, zdolnością do pomocy. Zamknięcie się w tym obrazie, który niczym psychiczny azyl skutecznie chroni nas przed kontaktem z rzeczywistością i związaną z nią poczuciem winy, utrudnia szersze widzenie. Nie byliśmy bowiem tylko ofiarami i z pewnością obecnie nie jesteśmy tylko ratownikami. W swojej historii mieliśmy i mamy także tą część związaną z byciem sprawcami, a często obojętnymi świadkami, gdy na naszych oczach ginęły całe grupy etniczne czy religijne. Nie tylko ratowaliśmy Żydów czy Romów. Coraz więcej dowiadujemy się o pogromach czy denuncjacjach, których autorami nie byli naziści, lecz ludność polska na okupowanych ziemiach. Celowo używam liczby mnogiej, odwołując się do koncepcji traumy transgeneracyjnej, uznając, że choć sami nie byliśmy fizycznymi świadkami tamtych wydarzeń, ślady tych doświadczeń, jak echo wypełniają psychikę żyjących obecnie obywateli. Jeden z możliwych śladów, to ten tak wnikliwie opisany przez Jana Borowicza, a dotyczący pozycji świadka. W swojej książce Pamięć perwersyjna zwraca uwagę na to, że przemoc w swojej istocie nigdy nie powoduje obojętności. Wywołuje raczej konglomerat trudnych emocji od smutku, przerażenia, wściekłości po ekscytację i radość. Borowicz pisze: Uparte obstawanie w polskiej kulturze pamięci przy obojętności postronnych świadków skrywa raczej brak lub odmowę empatii. Czego w tym świetle doświadczamy jako zbiorowość, która dzień po dniu przygląda się przemocy dziejącej się na naszej granicy? Czy jesteśmy w stanie uświadomić sobie fakt, że wszyscy staliśmy się świadkami? A jeśli tak, jakie są tego konsekwencje? Powołując się na zapisy kronikarskie, Borowicz zwraca uwagę, że Zagłada działa się niejako w cieniu codzienności, lektury gazet, kopania w ogródku, spotkań towarzyskich. Zachowując proporcje wydaje się, że podobnie rzecz ma się teraz. Gdy słucham dr Hanny Machińskiej, byłej już niestety zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich i jej relacji z sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, coś we mnie nieruchomieje w poczuciu trudnej do wypowiedzenia grozy. Opowiada ona jak z grupą aktywistów nie używając latarek, by nie zostać zauważonym przed straż graniczną, ściga się ze służbami państwowymi, by szybciej niż oni odnaleźć w lesie zagubionych ludzi. Od wyniku tych wyścigów zależy ludzkie życie. Przeszłość staje się teraźniejszością, a freudowski popęd śmierci po raz kolejny manifestuje się w przymusie powtarzania.

Las to potężny obraz. Znany obraz Wilhelma Sasnala, przedstawiający malutkie postaci i szalejący nad nimi żywioł zieleni zatytułowany jest Shoah lub Las. Polski krajobraz pełen jest lasów, które de facto stały się miejscami i świadkami kaźni. Nasze lasy to ziemia pełna kości i krwi. Las w Dębrzynie, Las Katyński, Lasy Janowskie, Lasy Zamoyszczyzny, Las w Bełżcu, Las koło Zdyni. Miejsca, w których, jak pisze Monika Sznajderman, wytyczono ścieżki turystyczne, trasy rowerowe – a wokół kładzie się cień i, gdy jest cicho, słychać coś spod spodu. Skażone krajobrazy dodaje Martin Pollack. Las zamieszkują duchy z przeszłości. Może część z nas uwierzyła, że przeszłość, choć trudna, jest już zamknięta, że praca, którą mamy do wykonania, dotyczyć będzie bardziej doglądania blizn i strzeżenia pamięci. Tymczasem, w upiornym przymusie powtarzania Las zbliża się powoli, niosąc w sobie coś, z czym wolelibyśmy nie mieć kontaktu. Wydaje się, że pod naporem tych treści uruchamia się swoista trialektyka. Niektórzy członkowie społeczeństwa odpowiadają działaniem, protestując, organizując zbiórki, czy wreszcie jadąc na granicę, by bezpośrednio nieść pomoc. Widzimy w tym niezgodę na bierność oraz gotowość do podjęcia trudu reparacji – niesie to nadzieję i wdzięczność. Istnieje też grupa, która przeciążona treściami nieświadomymi, osłabiona istniejącą sytuacją (doświadczenia pandemiczne i kryzys klimatyczny) swoją energię angażuje w tworzenie azylu psychicznego, schronienia, które jak bunkier ma chronić przed bezradnością i związanym z nią doświadczeniem stanów granicznych (!). I wreszcie jest też ta grupa, która pod wpływem szalejących elementów beta rozumianych jako pierwotne, niezmentalizowane impulsy, inicjuje formułowanie patroli, które chcą rozpocząć w lesie polowanie na Obcego. Tak powstaje świat, w którym fantazje zostają zastąpione konkretami, a impulsy rozegrane są w działaniu.

W zetknięciu z tymi spostrzeżeniami pojawia się refleksja, z którą na pewnym poziomie wolelibyśmy nie mieć kontaktu. Demokratyczna struktura umysłu odsłania fakt, że każda z opisanych przez nas grup ma swoją reprezentację w indywidualnej psychice naszych pacjentów i nas samych. Trud związany z integracją tych części, z opieraniem się pokusie, by widzieć winę tylko na zewnątrz, przypomina trud przesuwania się z pozycji paranoidalno-schizoidalnej w stronę pozycji depresyjnej. Jest to trud dojrzewania, indywidualnego i grupowego.

Istnieje jeszcze jedna odsłona lasu. Na terenie przygranicznym wprowadzono stan wyjątkowy. W praktyce oznacza to, że do tej strefy nie mają wstępu dziennikarze, medycy, organizacje pomocowe czy prawnicy. Powstaje więc pasmo ziemi niczyjej, w którym nadrzędne prawo do decydowania o losie ludzi mają służby państwowe, mogące działać bez jakiegokolwiek dozoru ze strony struktur społeczeństwa obywatelskiego. Tym samym załamuje się porządek demokratyczny. W obszarze przygranicznym działają jednak grupy pomocowe, które mają charakter niemalże partyzancki. Po upływie kolejnych miesięcy kryzysu na granicy polsko-białoruskiej w przemówieniu z okazji święta wojska polskiego prawicowy prezydent Polski nazwał zdrajcami i durniami osoby, które pomimo zakazów niosą pomoc ludziom ukrytym w lesie. Władza i jej reprezentant w postaci prezydenta, przypomina bionowski konstrukt „superego niszczącego ego”. Prymitywne sumienie, które powstało w efekcie załamania się macierzyńskiego reverie zawistnie przypisuje sobie moralną wyższość przy jednoczesnym braku moralnych zasad. Konsekwencją jest zastąpienie dojrzałej świadomości, zdolnej do różnicowania fałszu i prawdy, dyktatorskim stwierdzeniem o tym, co jest moralnie słuszne lub nie. Echo tego można odnaleźć w wypowiedzi prezydenta, gdzie język ulega perwersyjnemu przekształceniu, odwaga i ludzka przyzwoitość stają się zdradą i głupotą.

W jaki sposób możemy skorzystać z myśli Biona na temat superego w analizie sytuacji społecznej w Polsce? Spróbujmy spojrzeć na relację między władzą państwową a społeczeństwem obywatelskim. Wydaje się, że możemy zaobserwować dwie tendencje. Pierwsza z nich dotyczy niechęci wobec autonomii inicjatyw obywatelskich. W efekcie działalność takich podmiotów jak fundacje czy stowarzyszenia są często blokowane przez państwo, które momentami próbuje je wprost zdyskredytować. Drugi nurt dotyczy niechęci wobec wszystkiego, co łączy się z próbą niezależnego, świadomego patrzenia na zjawiska społeczne. Tutaj źródło ma zatem impuls zakazujący dostępu do informacji, ograniczania niezależnych mediów, czy też coraz częstsze manipulowaniem przekazem, gdy w sposób arbitralny zestawiane są ze sobą nieprawdziwe obrazy, zdania i fakty. Trudno oprzeć się wrażeniu paraleli między bionowskim opisem prymitywnego superego, a kondycją władzy państwowej, gdy pisze on: jego najbardziej znaczącą cechą (superego) jest nienawiść do wszelkiego rozwoju osobowości, tak jakby rozwój był rywalem, którego należy zniszczyć. Ujawnienie się więc jakiejkolwiek tendencji do poszukiwania prawdy, do ustanawiania kontaktu z rzeczywistością oraz – mówiąc w skrócie – do przyjęcia postawy naukowej, niezależnie od tego, jak bardzo rudymentarna by ona była, napotyka na destrukcyjne ataki i potwierdzanie moralnej wyższości. To zakłada ustanawianie tego, co w terminach bardziej zaawansowanych nazwalibyśmy prawem lub systemem moralnym, górującym nad prawem lub systemem naukowym (przeł. D. Golec). Nasuwa się przy tym następujące pytanie: jeżeli superego przejawia się w swojej prymitywnej, surowej formie, to jak funkcjonuje ego? Jak próbuje funkcjonować społeczeństwo?

Jesteśmy rozdarci. Dzień po dniu część z nas wykonuje olbrzymią pracę wewnętrzną. Staramy się nie zatapiać w skądinąd słusznej dumie, patrząc na ogrom pomoc niesionej Ukrainie. Szukamy informacji o tym, co dzieje się na tej innej granicy. To trudne. Czasami można jedynie otworzyć strony specjalnych fundacji, przeczytać nich raporty, zajrzeć do blogów aktywistów. W głównym nurcie informacyjnym to co najwyżej krótka notatka na przedostatniej stronie. Tymczasem w tej notatce czytam, że na granicy polsko-białoruskiej znaleziono kolejne zwłoki uchodźcy. W moje myślenie wkracza na chwilę groza realnej śmierci. Pojawia się inny lęk. Zamyka się w zdaniu, wypowiedzianym przez policjanta, w jednym z punktów kontrolnych na granicy: proszę się nie martwić, to już końcówka, zaraz przyjdą mrozy i wszystko ucichnie. Zostaję z pytaniami, ile osób zamarznie, a co zamarznie we mnie, w nas. W lesie robi się coraz ciemniej i zimniej.

Polityka Superego

Zastosowanie teorii nieświadomości, zaproponowanej przez Freuda, do analizowania zjawisk politycznych, budzi do dziś wiele kontrowersji w środowisku psychoanalitycznym. Istnieje pogląd, że „jednostkowe jest jednak czymś zupełnie innym, niż zbiorowe”, a głoszący je analitycy postulują wstrzemięźliwość w używaniu narzędzi, którymi dysponuje psychoanaliza, do badania zjawisk innych, niż wewnątrzpsychiczne. Wydaje się, że poglądowi temu przeczy lektura dzieł Freuda. Totem i Tabu, Przyszłość pewnego złudzenia, czy Psychologia zbiorowości i analiza „ja” – dotyczą refleksji na tematy takie, jak powstawanie narodów i społeczeństw, rola lidera, czy wreszcie represyjny charakter kultury. Tym samym pozycje te wnoszą wkład w rozwój myślenia o polityce. To co zapoczątkował Freud miało swoją kontynuację w twórczości filozofów i socjologów. Wymienić wystarczy chociażby przedstawicieli szkoły frankfurckiej jak Habermas, Adorno czy Benjamin, lub bardziej współczesnych jak Bauman czy Zizek. Czerpali oni z myśli psychoanalitycznej, próbując z nią dyskutować, integrować ją lub używać do rozwijania swoich teorii. Na gruncie polskim przykładem może być Andrzej Leder i jego książka Prześniona rewolucja, w której posługując się terminami psychoanalizy lacanowskiej, autor bada zmiany zachodzące w obrębie historycznych procesów politycznych i ekonomicznych w Polsce.

W książce Nieświadomość w życiu społecznym i politycznym David Morgan pisze o swoim osobistym doświadczeniu po zamachach 11 września 2001 roku, gdy „przytłoczony rozgrywającym się traumatycznym koszmarem, miałem nadzieję, że psychoanaliza zdoła zapewnić jakieś rozumienie tego, co wydarzyło się tamtego dnia w USA, i w innych częściach świata”. Mam poczucie, że chociaż w innym miejscu i czasie, dzielę z nim to doświadczenie. Od wielu miesięcy polityczna rzeczywistość obfituje w mnogość wydarzeń, z których każde jedno miałoby prawo przeciążyć aparat percepcyjny. Rok 2021 to rok śmierci Covidowej, śmierci na granicy, śmierci w wyniku zaostrzenia prawa antyaborcyjnego. To także czas ujawniania informacji o fałszywych zeznaniach i bezwzględnym wyłudzaniu pieniędzy. To w końcu czas wyłączania obywateli z prawa do rzetelnej informacji, oraz masowych protestów, wokół coraz to innych politycznych decyzji. Można zaryzykować stwierdzenie, że wzrasta represyjność świata. Refleksja taka nie wydaje mi się jednak wystarczająco precyzyjna. Chciałabym postawić tezę, że między państwem, a społeczeństwem obywatelskim pojawiło się pęknięcie, rozszczepienie, które zniweczyło nadzieję jakoby instytucje państwowe mogły efektywnie pełnić swoje funkcje. Doszło do załamania się, czy może raczej perwersyjnego przekształcenia solidarystycznego aspektu organizacji państwowej. W efekcie sytuacja społeczna, w której uczestniczymy, przypominać zaczęła taką wewnątrzpsychiczną konstelację, w której dominować zaczyna destrukcyjne superego. Atakuje ono całościowy rozwój osobowości, wszelkie przejawy kreatywności oraz, co najważniejsze, próbuje odebrać ego jego funkcję postrzegania rzeczywistości zewnętrznej i wewnętrznej.

Zanim spróbuję zmierzyć się z zaproponowaną analogią, niezbędnym wydaje się poczynienie kilku uwag na temat używanej terminologii. Nie jest łatwo określić czym jest państwo. Powszechnie przyjmuje się definicję zaproponowaną przez Georga Jellinka, według niego państwo to„trwały związek ludzi stale zamieszkujących określone terytorium i podlegających władzy zwierzchniej”. Podstawową cechą państwa jest jego charakter polityczny, terytorialny, suwerenny oraz przymusowy. Cechy te opisują między innymi kompetencje państwa w stanowieniu prawa, posługiwania się przymusem w jego egzekwowaniu oraz niepodzielny związek władzy z konfliktami społecznymi. Sensem istnienia państwa jest więc rządzenie społeczeństwem. Zgodnie jednak z określaną przez Maxa Webera typologią, legitymizm racjonalistyczny zakłada, że rządzący działać będą mądrze i słusznie, na rzecz społeczeństwa. Pogląd taki odnosi się do teorii powstania państwa w drodze umowy społecznej. Jak zauważył Hobbes dla poszczególnych jednostek życie w pokoju jest znacznie bardziej opłacalne, niż życie w stanie wojny, a same są zbyt słabe, by samodzielnie dbać o zapewnienie sobie takich warunków. Z tego powodu zawierają umowę, na mocy której powstaje organizm, który będzie suwerennie sprawował władzę. Tym organizmem jest właśnie państwo. Wskutek takiego przekształcenia pojawia się podział na rządzących i rządzonych. W niniejszym tekście jednak posługiwała się będę terminem państwo na określenie tej części struktury związanej ze sprawowaniem władzy, która odpowiedzialna jest za stanowienie prawa.

Wróćmy teraz do struktury wewnątrzpsychicznej zaproponowanej przez psychoanalizę. Pierwszym, który zwrócił uwagę na to jak morderczą siłą dysponuje superego był oczywiście Freud. Opisując stan melancholii, zwracał on uwagę na: „przesadnie silne superego, które wchłonęło świadomość, z bezwzględną gwałtownością i teraz sroży się przeciwko ‘ja’, jak gdyby opanowało cały sadyzm pozostający w dyspozycji jednostki. Zgodnie z naszym pojmowaniem sadyzmu powiedzielibyśmy, że destrukcyjne komponenty nagromadziły się w superego i zwróciły przeciwko ‘ja’. To, co teraz rządzi w superego, jest jak gdyby czystą hodowlą popędu śmierci.”Ostatecznie jednak Freud powstanie superego przypisywał przepracowaniu sytuacji edypalnej, akcentując zwłaszcza konieczność obrony przed agresją i towarzyszącym jej lękiem. W tej propozycji cytując Ewę Kobylińską-Dehe: „siła prawa bierze się nie z umowy lecz z mordu”.

Inaczej na dynamikę powstania superego patrzyła Melanie Klein, przypisując ją wcześniejszym stadiom rozwoju aparatu psychicznego i łącząc z konfliktem między popędami życia i śmierci. Według Klien niemowlę doświadczając agresywnych uczuć, wyprojektowuje je na zewnątrz, co w efekcie nasila lęk przed odwetem ze strony obiektów. Następuje cykl projekcji i introjekcji, w skutek czego powstają przerażające obiekty wewnętrzne, które kładą podwaliny pod powstanie prymitywnego, surowego superego. Warto jednak zauważyć, że Klein kładła też olbrzymi nacisk na znaczenie miłości w powstawaniu superego. Tylko miłość jest w stanie równoważyć destrukcyjność i nienawiść. Klein pisała: „superego – związane z dobrym obiektem i starające się wręcz zachować go przy życiu upodabnia się do rzeczywistej dobrej matki, która karmi dziecko i się nim opiekuje”. Jednocześnie zauważa, że superego znajduje się także pod wpływem popędu śmierci. Dlatego też po części zaczyna reprezentować matkę, która dziecko frustruje, a ograniczające zakazy, oskarżenia i prześladowania wzbudzają lęk.

Odnosząc się do teorii zaproponowanej przez Klein możnaby porównać ochronny aspekt superego do koncepcji państwa opiekuńczego. Nazywane również państwem dobrobytu, swój główny cel upatruje w zabezpieczeniu obywateli przed niepożądanym działaniem gospodarki rynkowej oraz skutkami takich stanów jak choroba, niepełnosprawność, czy bezrobocie. Z drugiej strony opresyjny aspekt superego można połączyć z państwem totalitarnym, gdzie wolność obywateli ograniczona jest do minimum, a ich cele lub potrzeby mają zostać podporządkowane narzuconej ideologii. Odnosząc to do aktualnej sytuacji politycznej możemy zobaczyć, że mamy obecnie do czynienia zarówno z aspektem opiekuńczym, jak i tym o cechach totalitarnych. Z jednej strony władza państwowa rozbudowała system opieki socjalnej, wspomagając obywateli dodatkowymi świadczeniami i zasiłkami. Z drugiej strony nieustannie i w sposób przemocowy usiłuje monopolizować kwestie światopoglądowe wprowadzając drakońskie kary za odstępstwo od narzuconych poglądów. Klein zauważała, że „w umyśle bardzo małego dziecka występują naprzemiennie pierś dobra i pierś zła, pożerająca. Zmiana zachodzi bardzo szybko, tak, że być może dziecko czuje, iż obie piersi występują równocześnie”. Taka obserwacja prowadziłaby nas do hipotezy, że jako państwo funkcjonujemy na poziomie schizo-paranoidalnym. Byłoby to zgodne z propozycją Agaty Bielik-Robson, którą rozwinęła w swoim wykładzie „Polska jako wściekłe niemowlę”. Dla tej fazy rozwoju podstawowym mechanizmem obronnym jest rozszczepienie. Może dlatego jesteśmy zmuszeni poruszać się w przestrzeni, w której obok siebie wstępuje silny nacisk, poparty groźbą, dotyczący ochrony życia poczętego, przy jednoczesnym odrzuceniu i dewaluacji wartości życia osób nieheteronormatywnych lub uchodźców koczujących na polsko-białoruskiej granicy. Czy można zaryzykować hipotezę, że struktury państwowe mogą być zasilane głównie popędem śmierci? Czy wtedy władzę, którą sprawuje państwo, można porównać do władzy prymitywnego superego, w znaczeniu Kleinowskim?

Do koncepcji superego odnosił się również Wilfred Bion posługując się koncepcją „superego niszczącego ego”. W tym ujęciu celem jest powstrzymanie myśli i narzucenie bezwzględnego twierdzenia o wyższości moralnej. W koncepcji wielowymiarowego umysłu, zdaniem Biona znajdujemy jednocześnie różne etapy rozwoju superego. Od wymiaru związanego z funkcjonowaniem symbolicznym, gdzie obecny jest wpływ kultury, poprzez wymiar związany z doświadczeniem pierwszych relacji z obiektem, i wreszcie wymiar utworzony przez pozostałości pierwotnego umysłu, które Bion nazwał „prymitywnym sumieniem”. Jego powstanie łączy on z załamaniem stanu macierzyńskiego zamyślenia. W efekcie powstaje jak pisze Bion „super-ego”, zawistnie przypisujące sobie moralną wyższość przy jednoczesnym braku moralnych zasad. Konsekwencją jest zastąpienie dojrzałej świadomości, zdolnej do różnicowania fałszu i prawdy, dyktatorskim stwierdzeniem o tym, że coś jest moralnie słuszne lub nie. Na cechę tą zwraca szczególna uwagę Britton, gdy podkreśla, że tak rozumiany konstrukt super-ego uzurpuje sobie prawo do przejęcia funkcji ego, w obszarze kontaktu z rzeczywistością. Britton pisze wprost: „Ego może oddzielić się od superego jedynie dzięki swojej najcenniejszej funkcji – dzięki obserwacji i ocenie”.

W jaki sposób możemy skorzystać z myśli Biona na temat super-ego w analizie sytuacji społecznej w Polsce? Spróbujmy spojrzeć na relację między władzą państwową a społeczeństwem obywatelskim. Wydaje się, że możemy zaobserwować dwie tendencje. Pierwsza z nich dotyczy niechęci wobec autonomii inicjatyw obywatelskich. W efekcie działalność takich podmiotów jak fundacje czy stowarzyszenia są często blokowane przez państwo. Momentami próbuje je ono wprost zdyskredytować. Jakiekolwiek oddolne protesty obywatelskie lub inicjatywy ustawodawcze są blokowane, a ich uczestnicy lub inicjatorzy stawiani w roli wrogów i wichrzycieli. Drugi nurt dotyczy niechęci wobec wszystkiego, co łączy się z próbą niezależnego, świadomego patrzenia na zjawiska społeczne. Tutaj źródło ma zatem impuls zakazujący dostępu do informacji, ograniczania niezależnych mediów, czy też coraz częstsze manipulowanie przekazem, gdy w sposób arbitralny zestawiane są ze sobą nieprawdziwe obrazy, zdania i fakty. Trudno oprzeć się wrażeniu paraleli miedzy Bionowskim opisem prymitywnego superego a kondycją władzy państwowej, gdy pisze on: „jego najbardziej znaczącą cechą (superego) jest nienawiść do wszelkiego rozwoju osobowości, tak jakby rozwój był rywalem, którego należy zniszczyć. Ujawnienie się więc jakiejkolwiek tendencji do poszukiwania prawdy, do ustanawiania kontaktu z rzeczywistością oraz – mówiąc w skrócie – do przyjęcia postawy naukowej, niezależnie od tego, jak bardzo rudymentarna by ona była, napotyka na destrukcyjne ataki i potwierdzanie moralnej wyższości. To zakłada ustanawianie tego, co w terminach bardziej zaawansowanych nazwalibyśmy prawem lub systemem moralnym, górującym nad prawem lub systemem naukowym”. Można zadać pytanie, jeżeli superego przejawia się w swojej prymitywnej, surowej formie, to jak funkcjonuje ego? Jak próbuje funkcjonować społeczeństwo? Myślę, że możliwych diagnoz może być bardzo wiele, jak choćby ta zaproponowana przez Wojciecha Engelkinga na łamach Kultury Liberalnej. Zwraca on tam uwagę na konieczność uruchomienia masywnych mechanizmów obronnych jak derealizacja czy depersonalizacja, by móc poradzić sobie z rzeczywistością społeczną.

Chciałabym jednak na chwilę porzucić konstrukty intelektualne i spróbować uchwycić istniejący klimat emocjonalny. Wydaje się, że dominować zaczyna lęk i wściekłość. Pojawia się atmosfera nieprzewidywalności, czegoś dusznego i złowrogiego. Funkcje instytucji gwarantowanych przez system prawa uległy pomieszaniu. Nowe ustawy procedowane są w sposób szybki i niejawny. To wszystko wpływa na nastroje społeczne, które oscylują pomiędzy apatią i wycofaniem z życia społecznego, a wściekłością i chęcią walki. Pomieszanie odzwierciedla się również w języku. Przestaje być jasne, czy ochronne jest przyjmowanie szczepień czy odmowa. Wprowadzany ład staje się chaosem, a pamięć ma polegać w coraz większym stopniu na wymazywaniu skomplikowanych i trudnych faktów.

Herbert w wierszu Potwór Pana Cogito oddaje ten nastrój doskonale. Oczywiście możliwych odczytań jest wiele. Można spojrzeć na przytoczony poniżej fragment wiersza choćby przez pryzmat Bionowskich teorii rozwoju myślenia lub funkcjonowania superego, które nienawidzi ego. Niszczy wtedy budowle umysłu, zatruwa studnie, rozciągając nad krajem ogromną depresję.

 

potwór Pana Cogito

pozbawiony jest wymiarów

 

trudno go opisać

wymyka się definicjom

 

jest jak ogromna depresja

rozciągnięta nad krajem

 

nie da się przebić

piórem

argumentem

włócznią

 

Gdyby nie duszny ciężar

i śmierć którą zsyła

można by sądzić

że jest majakiem

chorobą wyobraźni

 

ale on jest

jest na pewno

 

jak czad wypełnia szczelnie

domy świątynie bazary

 

zatruwa studnie

niszczy budowle umysłu

pokrywa pleśnią chleb

 

dowodem istnienia potwora

są jego ofiary

 

jest dowód nie wprost

ale wystarczający

 

 

Bibliografia

 

Bielik-Robson A., Polska jako wściekłe niemowlę, Duchowa kondycja Polaków. Audycja

 

Bion W. (1967). Po namyśle. Oficyna Ingenium

 

Boguszewski R. (2018). Społeczeństwo obywatelskie w teorii i praktyce, Wydawnictwo SGGW

 

Braga J.C. (2020). Developments on the concept of the super-ego in Bion s work. International Journal of Psychoanalyssis 101:4, 757-768

 

Britton R. (2011). Seks, śmierć i superego. Doświadczenia w psychoanalizie. Oficyna Ingenium

 

Dubel L., Ławnikowicz G., Markwart Z., (2011). Elementy nauki o państwie i polityce, Warszawa

 

Freud Z. (1915/2007). Żałoba i melancholia. W: Psychologia nieświadomości. Warszawa: Wydawnictwo KR, 2007.

 

Frieske, K.W., Poławski, P. (1999). Opieka i kontrola. Instytucje wobec problemów społecznych. Katowice: Wydawnictwo Naukowe „Śląsk”

 

Goldblatt M.J., Herbstman B., Maltsberger J.T. (2014). Superego distortions and self-attack. Scandinavian Psychoanalytic Review 37:15-23

 

Herbert Z., (1993). Pan Cogito, Wydawnictwo Dolnośląskie

 

Josephs l. (2001). The seductive Superego: The Trauma of Self-Betraylal. International Journal of Psychoanalyssis 82:701-712

 

Klein M, (2007). Uwagi na temat niektórych mechanizmów schizoidalnych. W: Zawiść i wdzięczność. Pisma. Tom III. GWP, Gdańsk

 

Klein M. (2007). O rozwoju funkcjonowania psychicznego. W: Zawiść i wdzięczność, Pisma. Tom III. GWP, Gdańsk

 

Morgan D., (2021). Nieświadomość w życiu społecznym i politycznym, Oficyna Ingenium

 

O’Shaughnessy E. (1999). Relating to Superego. International Journal of Psychoanalyssis 80: 861–970.

 

Sedlak W. (2021). Superego, ideały ego i ślepe plamki psychoanalityka. Wydawnictwo Imago

W gabinecie luster

 

Patrząc w ekran komputera widziałam twarz pacjentki wpatrującą się w coś z intensywnością, jakiej u niej nigdy wcześniej nie widziałam. Wzrok skierowała lekko w bok, nie uciekając jednak oczami, skupiona na jednym punkcie. Czułam, że jest ze mną, a jednocześnie gdzie indziej. Sesja toczyła się dalej, pacjentka, z charakterystycznym dla niej zablokowaniem, cedziła słowa, jakby tworzenie ich bolało. Jednocześnie jej wzrok ciągle był nieruchomy, choć widziałam w nim zaskoczenie, i jeszcze coś, co trudno mi było rozpoznać. Zafascynowanie? Oszołomienie? W końcu skomentowałam, że wydaje się dzisiaj intensywnie w coś wpatrywać. Pacjentka ocknęła się i po dłuższej chwili powiedziała: widzę siebie. Po chwili dodała: widzę siebie patrzącą na panią!

Uderzyła mnie konkretność, ale też podwójność tego komentarza. Dzięki możliwościom aplikacji, z której korzystałyśmy, pacjentka dosłownie widziała siebie, swoje odbicie, zamknięte w małej ikonie. Mówiła do mnie, monitorując jednocześnie swoją twarz, dzięki czemu mogła, choćby na chwilę, powiązać strumień uczuć przepływających przez nią w trakcie sesji, z wyrazem własnej twarzy, zmieniającej się pod wpływem afektów. W tym sensie nie było to stateczne odbicie, lecz obraz ruchomy. Wydawała się bardzo poruszona, dotknięta poczuciem żywości swojej twarzy. Myślę, że także poczuciem swojego istnienia w ogóle. Nagle również we mnie pojawiła się przejmująca świadomość, nie tylko samej siebie, ale też swojego żywego obrazu na ekranie. I tak oto trwałyśmy – ja, ona, nasze dwa ruchome odbicia – każda wpatrzona we własne lustro. Łaciński czasownik miror i jego forma bezokolicznikowa mirari oznacza podziw, ale także zdziwienie, zdumienie1. Napięcie między tymi znaczeniami odsłania różnicę między patrzeniem na swoje lustrzane odbicie – rozumianym jako podziwianie obrazu, a patrzeniem w lustro – ze zdumieniem i być może zaciekawieniem. Wiemy, że na tym właśnie polega dramat mitycznego Narcyza, który patrzy, aby zobaczyć, czy jest piękny, a nie po to, by znaleźć piękno w osobie, na którą patrzy. Ten rodzaj patrzenia, charakterystyczny dla tematyki narcystycznej, pociąga za sobą również rozmycie granicy pomiędzy rzeczywistością a iluzją. Inaczej niż u Sylvii Plath, której lustro pokazuje rzeczywistość („Jestem srebrne i dokładne. Nie mam uprzedzeń/ Cokolwiek widzę połykam natychmiast/ Takie, Jak to jest, niezamglone ani miłością ani nienawiścią”)2, lustrzana tafla wody odbija pewien miraż, który każe Narcyzowi myśleć: jestem najpiękniejszy na świecie. Margaret Mahler zwracała na to uwagę, podkreślając, iż porażka odpowiedniego odzwierciedlania w fazie ponownego zbliżania, może powodować zniekształcony obraz self – kompensacyjną formację chroniącą przed przytłaczającą świadomością bycia podatnym na zranienie.3 Odwracamy się wtedy od możliwości kształtowania pełnego, prawdziwego self na rzecz konstruowania obrazów, zgodnych z tym, co chcą w nas zobaczyć inni. Obrazy te są jednak bardziej statyczne, sztywne, jak postać na fotografii uchwycona tylko z jednego profilu, ze źle wykadrowanym uchem lub stopą. Jak miraż, który etymologicznie ma przecież ten sam rdzeń co słowo lustro, jednak inaczej odbija rzeczywistość.

***

„Co widzi niemowlę, kiedy patrzy na twarz matki? Twierdzę, że głównie widzi wtedy siebie. Innymi słowy, matka patrzy na dziecko i to, jak ona wygląda, ma związek z tym, co widzi w dziecku.4 — pisał Winnicott, czyniąc zagadnienie bycia widzianym tematem swojego artykułu o lustrzanej roli matki. Czy można sparafrazować jego wypowiedź, pytając: co widzi pacjent kiedy patrzy na twarz analityka i co może zobaczyć patrząc jednocześnie na swoją twarz? Gdyby udało się spojrzeć na przeżycie mojej pacjentki przez lupę, można by zauważyć jego dwie zasadnicze części. Pierwsza zakłada doświadczenie samotnego rozpoznania – widzę siebie, by zaraz później odnieść się do świata relacji – widzę siebie, patrzącą na panią. Wydaje się, że do tej podwójności odnosi się Winnicott, pisząc, że intymność opiera się na doświadczeniu bycia samemu w obecności innego. Studiując frazę I am alone, wskazuje on na trzy etapy rozwoju emocjonalnego. Pierwszy z nich obejmuje rozpoznanie: ja (ang. I), jako moment wyłaniania się ze środowiska, rozróżnienia między mną a nie-mną. Drugi etap: ja jestem (ang. I am) wyznacza moment przejścia między indywidualnością, która już nie tyle nabiera kształtu lecz także ożywa, choć jeszcze pozostaje surowa i niezdefiniowana. I wreszcie etap: jestem sam (ang. I am alone), który mieści w sobie założenie, że matka/ analityk istnieje w sposób ciągły, „ponieważ stan samotności jest czymś, co (choć paradoksalnie) zawsze implikuje, że jest tam ktoś inny”5. Podobnie ma się rzecz w psychoanalizie lacanowskiej, gdzie termin faza lustra opisuje zjawisko, dzięki któremu dziecko zaczyna rozpoznawać siebie jako odrębny od matki obiekt6.

Stadium zwierciadła można rozumieć jako identyfikację w psychoanalitycznym znaczeniu tego słowa, czyli jako zmianę zachodzącą w osobie wówczas, gdy zaczyna rozpoznawać swoje własne odbicie w lustrze. Jest to moment wejścia na drogę prowadzącą do doświadczenia integralności własnego ciała, postrzeganego od teraz jako całość i jedność. Może to zadziać się tylko wtedy, gdy obok znajduje się druga osoba, drugi myślący umysł, która powtórzy: „tak, to właśnie ty”. Można chyba postawić znak równości między drugim myślącym umysłem a konkretnymi ramionami matki – jedno i drugie ma zdolność trzymania, jedno i drugie potrafi kołysać.

„Podmiot powstaje tylko przez wystawienie go na działanie Innego” – to punkt, w którym Winnicott zgodziłby się z Levinasem7. To spotkanie z Innym wystawia nas na doświadczenie nieskończoności, które Levinas nazywa doświadczeniem zewnętrzności, zagadką, która jest poza wiedzą. Jak możemy odpowiedzieć na tę nieskończoność, w którą wpisane jest tyle możliwości, tyle relacyjnych konstelacji? Jedną z nich jest przecież napotkanie wzroku Meduzy, która miała moc zmieniania w kamień wszystkiego co żywe. Być może to właśnie widzi niemowlę, patrząc w twarz matki, nękanej depresją lub narcystycznie zaabsorbowanej szukaniem swojego odbicia w dziecku. Myślę o gabinetach luster, w których stajemy przed tysiącami własnych zniekształconych odbić, czasami śmiesznych, czasami perwersyjnie przekręconych, gdy nagle nogi wyrastają nam prosto ze zniekształconej głowy. Niekiedy wśród tysiąca obrazów, napotykamy całkiem zwyczajne odbicie naszej twarzy. Czasem czujemy wtedy ulgę, a czasem niedowierzanie, wówczas próbujemy dalej badać, czy to, co widzimy, jest prawdziwe.

Myślę, że pacjentka miesiącami przeglądała się w mojej twarzy, gdy trzymałam w swoim umyśle jej obraz jako żywej, odrębnej istoty, wbrew poczuciu martwoty, które tak często zalegało między nami. W tym sensie metafora lustra napotyka na swoje ograniczenie. Lustra bowiem nie zmieniają się pod wpływem tego, kto w nie patrzy. Gdybyśmy zatrzymały się tylko na tym poziomie, skazałybyśmy się na uwięzienie w tym, co widać, zamykając drogę do nieświadomości. Pacjentka potrzebowała przekształceń, Bionowskiego reverie, by móc doświadczyć żywości w miejsce martwoty. Dlatego dopiero zobaczenie samej siebie w momencie bycia w relacji ze mną pozwoliło jej z całą mocą doświadczyć bycia żywą, a jednocześnie odrębną. Wydaje się, że nie było to przytłaczające, nagłe doświadczenie swojej odrębności, o jakim pisała Frances Tustin w odniesieniu do stanów autystycznych u neurotycznych pacjentów8. Raczej świadomość, którą można określić słowami „oto ja – obok Ciebie”. W tym sensie umknęłyśmy spojrzeniu Meduzy, na rzecz odzwierciedlającej twarzy matki. Winnicott pisał przecież: „psychoterapia działa wówczas jak złożona pochodna twarzy, która odbija to, co ma być widziane”9.

***

Istnieje w internetowej sesji również obraz mojej twarzy patrzącej na pacjentkę. Twarzy, której nigdy wcześniej nie dane mi było oglądać w tej sytuacji. Z zaskoczeniem zobaczyłam w jaki wyraz układają się moje rysy, gdy zamyślam się głęboko, będąc częścią analitycznego pola. Reggio Levy w swoim pięknym artykule o intymności10 powołuje się na słowa architekta krajobrazu i poety Paula Andreu, który omawiając związek między materiałami a światłem, wskazuje, że powinna istnieć między nimi „taneczność”, możliwość tańczenia ze sobą tych dwóch elementów, interakcji, przenikania się, tak, aby mogło wyłonić się coś żywego. Podobnie myślę o analitycznej parze, która potrzebuje zanurzyć się w emocjonalnym doświadczeniu, bliższemu stanom onirycznym, by stworzyć coś nowego, rozumianego bardziej jako przeżycie niż wiedza. Intymność tego spotkania dotyka obie strony relacji, dzięki czemu nie tylko pacjentka mogła rozpoznać swoje istnienie. Analityk może dzielić doświadczenia emocjonalne z pacjentem, poznając go i pomagając mu poznać siebie. W ten sposób powstaje nowy aspekt psychoanalizy, jej intersubiektywny wymiar. Mam głębokie przekonanie, że dzieliłyśmy z pacjentką intymny moment wyłaniającej się na nowo świadomości swojego bycia oraz odrębności, które w tamtej chwili możliwe były do pomieszczenia i przeżycia.

1 Pines, M. (1984). Reflections on Mirroring. Int. R. Psycho-Anal., 11:27-42.

2 Lustro ; Pani Łazarzowa ; Gorączka 40 ; Śmierć i spółka :[ wiersze] / Sylvia Plath ; Przeł. Zbigniew Herbert // Zeszyty Literackie. – 2000, nr 4 , s. 53-59

3 Palombo,J., Bendicsen, H.K., Koch (2009). Guide to psychoanalytic developmental theories. Przeł. Marta Andrałojć. New York: Springer.

4 Winnicott, D.W (1971/2011) Zabawa a rzeczywistość. Przeł. A. Czownicka. Gdańsk: Imago

5 Abram, J. (1996). The Language of Winnicott: A Dictionary of Winnicott’s Use of Words. Clunie Press. PEP

6 Anzieu, D. (1979). The Sound Image of the Self. Int. R. Psycho-Anal., 6:23-36.

7 Alford, C.F. (2000) Levinas and Winnicott: Motherhood and Responsibility. Am. Imago, 57(3):235-259.

8 Tustin, F. (1986/2021) Bariery autystyczne u pacjentów neurotycznych. Warszawa. Oficyna Wydawnicza Fundament.

9 Winnicott, D.W (1971/2011) Zabawa a rzeczywistość. Przeł. A. Czownicka. Gdańsk: Imago.

10 Levy, R. (2017). Intimacy: The Drama and Beauty of Encountering the other. Int. J. Psycho-Anal., 98(3):877-894, PEP.

Redakcja: Barbara Barysz, Agata Bielińska, Julia Jastrzębska, Ewa Kobylińska-Dehe, Zbigniew Kossowski, Andrzej Leder, Adam Lipszyc.

Kontakt: wunderblock@ifispan.edu.pl

ISSN: 2720-4391

Ośrodek Myśli Psychoanalitycznej