Ośrodek Myśli Psychoanalitycznej
Instytut Filozofii i Socjologii PAN
wunderBlog

Psychoanaliza i Uniwersytet

Lilli Gast
20 października 2021

Próby określenia związku pomiędzy psychoanalizą i uniwersytetem towarzyszyły psychoanalizie niemal od początku. Freud wiele razy wypowiadał się na ten temat. Twierdził, że psychoanaliza jest ważna nie tylko jako metoda kliniczna, ale przede wszystkim jako nauka podstawowa, która przezwycięża konwencjonalny podział nauk na przyrodnicze i humanistyczne, i w ten sposób umożliwia nowe spojrzenie na kondycję człowieka. Rewolucyjny charakter Freudowskiej psychoanalizy polega nie tylko na tym, że wykracza ona poza to, skąd się wywodzi, ale również na tym, że właśnie w owym przekroczeniu potwierdza swoje pochodzenie. Pozwólcie mi objaśnić tę myśl.

Korzenie Freuda neurologa tkwią w dyskursie naukowym epoki nowożytnej, czyli w nowoczesności wyłaniającej się z końcem XVIII wieku. Dyskurs ten swoje samorozumienie zawdzięcza oświeceniu i wywodzi się z zerwania z teokracją oraz z emancypacyjnego, świeckiego dążenia do odrzucenia autorytetów różnej maści – Kościoła, religii, władzy. Sapere aude, miej odwagę myśleć, to zawołanie Kanta, w którym domaga się on porzucenia zadufanej w sobie niedojrzałości poprzez podjęcie ryzyka niezależnego myślenia. Rozwój i sekularyzacja dyscyplin naukowych oraz ich uwolnienie się od teologii z jej zakazami myślenia i dogmatami zmieniły również oblicze i samorozumienie uniwersytetów. Podjęły one starania, aby stać się w dużej mierze autonomicznymi instytucjami zaangażowanymi w proces oświecenia – gwarantami tworzenia obiektywnej, rzetelnej i weryfikowalnej wiedzy, ważnych, racjonalnych prawd, które należy zdobywać w konfrontacji z rzeczywistością.

Wykluczenie tego, co irracjonalne, z tego dyskursu wynika z roszczenia do pełnienia przez nauki funkcji emancypacyjnej. To zobowiązanie się do racjonalności doprowadziło jednak również do zdyskredytowania podmiotowości. Wraz z systematycznym wykluczaniem podmiotowości z procesu naukowego, wraz z odrzuceniem pragnienia, które jest nierozerwalnie związane z dążeniem podmiotu badawczego do wiedzy, libidinalne i agresywne elementy zawarte w postępowaniu naukowym, pragnienia, lęki i fantazje badaczy zostały zaprzeczone i stabuizowane, ale nie zniknęły. Wręcz przeciwnie: właśnie dlatego, że nie były w dyskursie naukowym reprezentowane, okazały się niezwykle żywotne. Niejako tylnymi drzwiami uzyskały do niego dostęp, pełniąc w nim rolę czynników, które go zakłócają. Powodują w nim wypaczenia i zniekształcenia, których nie nazwano i nie poddano refleksji. Zasługa Freuda polega na tym, że wypowiedział on i włączył do dyskursu naukowego tę zaprzeczoną drugą stronę procesu naukowego, irracjonalne otchłanie oświecenia, i nadał im symboliczną reprezentację. To, co dyskursywnie wykluczone, uczynił w równej mierze niemożliwym do opanowania, co nieodłącznym składnikiem tworzenia wiedzy i samego procesu naukowego.

Psychoanaliza Freuda reaguje w ten sposób na sprzeczności, które wytworzyła nauka będąca produktem oświecenia i poprzez które ona sama może doprowadzić siebie ad absurdum. Niebezpieczeństwo polega na tym, że to, co jest dyskursywnie wykluczone, powraca, potwierdza się niejako w sposób przewrotny i dość często – jak to widzieliśmy – destrukcyjny. Podobnie jak to, co wyparte, powraca niczym demon, buntownik, i powoduje dialektyczne odwrócenie, które pozwala nieprzemyślanemu i tym samym destrukcyjnemu irracjonalizmowi wszczynać bunt pod pozorem i banderą oświecenia.

Możemy zatem powiedzieć, że jeśli psychoanaliza pozwala temu, co wykluczone, co wyparte, uzyskać reprezentację i to bezpośrednio jako „nauka o nieświadomym”, potwierdza ona w ten sposób najbardziej charakterystyczne roszczenie oświecenia. Nowożytna nauka zawsze je sobie narzucała, ale też zarazem sama podważała poprzez wspomniane wykluczenie. Oświecenie psychoanalityczne jest więc w swej istocie krytyką rozumu w tym sensie, że podobnie jak Kantowskie sapere aude poszerza myślenie o moment autorefleksji, czyli domaga się refleksyjnego zwrócenia się myślenia ku samemu sobie oraz ku swym subiektywnym i społecznym uwarunkowaniom. Adorno i Horkheimer określili to jako „namysł myślenia nad własną winą” – winą, która jest przez nich rozumiana jako historyczna. My natomiast, odnosząc tę wypowiedź do naszych rozważań, możemy mówić o myśleniu, które stało się sobie winne, które zapoznaje swoją prawdziwość, zaprzeczając swemu irracjonalnemu pochodzeniu.

Na uniwersytecie uprawia się naukę, prowadzi badania, jest on obszarem systematycznego myślenia. Możemy więc zapytać: czyż uniwersytet nie jest właśnie tą przestrzenią społeczną, w której ów zwrot myśli ku sobie samej i swoim założeniom, powinien mieć nieustannie miejsce? Czyż misja społeczna uniwersytetu nie powinna dotyczyć właśnie tego: refleksji, bezkompromisowego poszukiwania wiedzy i prawdy, zwracania się do świata wokół nas i do tego, co stanowi nasze człowieczeństwo, nasze proprium, naszą konstytucję jako podmiotów? Czyż nie powinien być on domostwem i zinstytucjonalizowanym imperatywem sapere aude, tego roszczenia skierowanego ku dojrzałemu, odpowiedzialnemu wobec siebie i wobec swoich bliźnich, obywatelowi świata? Czy te pytania nie wskazują na zasadniczy ideał uniwersytetu? I wreszcie – czy uniwersytety w swojej rzeczywistości instytucjonalnej temu sprostają, czy są w stanie temu sprostać?

Aby zrozumieć oczywiste napięcie, jakie powstaje między psychoanalizą a uniwersytetem, należy przyjrzeć się wewnętrznej konstytucji uniwersytetu jako instytucji – jest ona bardzo niepewna, co wynika przede wszystkim z jego misji i funkcji społecznej. Z tej perspektywy należy przyjrzeć się wpisanej weń wewnętrznej teksturze zaburzeń i immanentnej konfliktowości. Moja teza jest taka, że psychoanaliza, wbrew temu, że na pierwszy rzut oka jest nie do pogodzenia z instytucją uniwersytetu, zwłaszcza w jego obecnym samorozumieniu, właśnie z tego powodu do niego należy i że słusznie tak uważamy. Mówiąc inaczej: myślę, że przyczyny niemożności pogodzenia psychoanalizy z instytucją uniwersytetu oraz nieodzowność jej obecności właśnie w tym miejscu, są w istocie tożsame. Istota tego paradoksu tkwi w fakcie, że instytucja uniwersytetu jest dziś bardziej niż kiedykolwiek zagrożona utratą obecnych w niej możliwości, zmarnotrawieniem swojego potencjału. Z pewnością nigdy, w żadnym okresie czasu, nie znajdowała się ona poza strukturami władzy społecznej. Zawsze była ich częścią, tak samo jak badania i nauczanie nigdy nie były wolne, tzn. oderwane i bez powiązań z otaczającą je rzeczywistością społeczną. Tak też być powinno, gdyż wolność nauczania i badań nie zasadza się na iluzorycznym poczuciu, że odnalazło się archimedejski punkt absolutnej neutralności i niezależności. Przeciwnie, polega ona na zobowiązaniu się do zajęcia postawy krytycznego dystansu, która uwzględnia jej nieuniknione uwikłania, a także do ciągłej refleksji nad tego rodzaju sytuacją zaangażowania. Instytucję tę określa wolność, która jest ograniczona, wolność do czegoś, a nie od czegoś.

Uniwersytet jako miejsce uprawiania myśli, jako domostwo teorii i otwartego, wolnego dyskursu, w stopniu większym niż jakakolwiek inna instytucja społeczna dysponuje wolnością do zajmowania postawy krytycznego dystansu. A jednak zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że z tej wolności zrezygnuje lub, jak to ujął Karl Jaspers w swojej pięknej rozprawie „Idea uniwersytetu”, napisanej w 1946 roku z myślą o wypaczeniu nauki niemieckiej w czasach narodowego socjalizmu, znajdzie „swój koniec w funkcjonalizmie gigantycznych szkolnych i oświatowych instytucji kształcących naukowo-technicznych fachowców”. Swoją ideą uniwersytetu nawiązał Jaspers do starej humanistycznej tradycji, żywotnej zwłaszcza w oświeceniu i w niemieckim idealizmie, w której podejmowano kwestię funkcji uniwersytetów i ich misji edukacyjnej.

Filozof Friedrich Schleiermacher pisał już w 1808 roku, że celem uniwersytetu nie jest uczenie się jako takie, ale poznanie.[1] Tu nie chodzi o to, by wypełniać pamięć wiedzą, ale o to, by duch naukowy został pobudzony do życia. To jednak powieść się może tylko w środowisku wolności ducha, w środowisku, które otwiera przestrzeń dla wewnętrznego pragnienia wiedzy. Dla Schleiermachera duch wolności i duch nauki są dwiema stronami tego samego medalu. Również Wilhelm von Humboldt, współczesny Schleiermacherowi, podobnie jak on zaangażowany w założenie Uniwersytetu dzisiaj nazywanego jego imieniem, Uniwersytetu Humboldta w Berlinie, miał bardzo podobną wizję uniwersytetu, i powiązał ją z koncepcją kształcenia (Bildung), która wykraczała daleko poza edukację w wąskim, instrumentalno-funkcjonalnym sensie tego słowa. Edukacja według Humboldta jest samokształceniem, poznawaniem tego, co stanowi o podmiocie, tego, co własne – pomysł na wskroś sokratejski. Z tej idei wywodziła się jego wizja uniwersytetu: jest to środowisko, które u podłoża ma pragnienie zdobywania wiedzy przez podmioty, promuje to pragnienie i dostarcza metody myślenia oraz umożliwia praktyki badawcze, które pomagają w jego formułowaniu i kształtowaniu.

Dla Humboldta, podobnie jak dla Schleiermachera, nauka i wolność tworzą w sposób nieuchronny sojusz, bowiem jedno może się zrealizować tylko w drugim. Jego żądanie wolności badań i nauczania na uniwersytecie było praktycznie od początku przedmiotem ostrych ataków i pomówień, ponieważ wielu wydawało się, że emanuje z niego zagrożenie. Każda epoka i każdy ustrój społeczny znajdowały własne sposoby, aby odpowiedzieć na to potencjalne zagrożenie, wynikające z idei wolności nauczania i badań – wprowadzały ograniczenia, kary itp.

Być może właśnie owo od zawsze istniejące niebezpieczeństwo porzucenia tych postulatów przez krytyczną naukę, zobowiązaną do mówienia prawdy i strzeżenia wolności, obojętnie czy stoi za tym zrezygnowany czy cyniczny pragmatyzm, a zatem ten moment utraty, który już nadszedł, a zarazem dopiero ma nastąpić, uniwersytet, poniekąd w niezgodzie z sobą samym, określa jako swoje wewnętrzne miejsce, jako obiekt tęsknot, jako utopię. W rezultacie utrata w obliczu niewykorzystanego potencjału jest znaczna, jeśli wziąć pod uwagę możliwości, jakie owo miejsce ma do zaoferowania. Jakaż inna niż uniwersytet instytucja społeczna byłaby w stanie w sposób refleksyjny towarzyszyć procesom transformacji, które nasze społeczeństwo generuje i uruchamia, a które często sterowane są w sposób powierzchowny, zorientowane na to, co jest aktualne politycznie? Jaspers mówi nawet, że uniwersytet jest „miejscem, w którym powinna się ukształtować najjaśniejsza świadomość wieku„.

Moim zdaniem uniwersytet musi być obszarem, gdzie wprowadza się inną miarę do istotnych społecznie debat, będących zazwyczaj dyskursami na tematy etyczne. Musi on wkraczać w rwący nurt społecznych procesów, ale ma stawać w poprzek nich, ma spowalniać ich przepływ i w ten sposób otwierać przestrzeń dla myślenia. Uniwersytet musi przeszkadzać i pozwalać na przeszkadzanie sobie, aby móc uprawomocnić siebie jako miejsce refleksji – jako środowisko, które to, co dzieje się wokół niego i czego jest częścią, poddaje namysłowi i w namyśle nad tym wykracza poza to, co zastane. To Adorno powiedział, że teoria jest „mimo powszechnego zniewolenia, w owym zniewoleniu rękojmią wolności.”[2] Możemy śmiało odnieść tę sentencję do społecznej funkcji uniwersytetu. To jest bowiem stawka, o którą tutaj chodzi: uniwersytet jako miejsce wytwarzania wiedzy zdolnej do przekraczania w myśli tego, co zastane, do transcendowania za pomocą analitycznego myślenia status quo i zachowywania dystansu w stosunku do tych afirmatywnych roszczeń, które zwykło kierować się pod adresem nauki.

Psychoanaliza oferuje wymaganą do tego postawę i tradycję myślenia, która jest w stanie sprostać temu wymogowi. Jest ona więc, moim zdaniem, prima inter pares w orkiestrze różnych tradycji naukowych. Myślenie psychoanalityczne odbywa się w istocie w bardzo specyficznym ruchu, który można by nazwać, za Freudem „rytmem zwlekania” (Zauderrhytmus). Mam przez to na myśli ruch powolnego otwierania się na problem, owo refleksyjne i w pewnym sensie dekonstruujące zbliżanie się do zjawiska, które ciągle rodzi nowe, odmienne pytania i prowadzi do zwielokrotnienia perspektyw i znaczeń. Jest to ruch myśli, która się zatrzymuje i która podąża za własnym, nielinearnym rytmem, myśli, która uwikłana jest w sprzeczności, symultaniczne przebiegi, odroczenia, przeciwstawne argumenty i antynomie. Jest to rytm synkopowy, wywrotowy w stosunku do politycznego dyskursu władzy czy pragmatycznego dyskursu potocznego, których uczestnicy zamiast przystanąć na chwilę w poszukiwaniu właściwych pytań, z pośpiechem zdają się na algorytmy prostych rozwiązań, które oferują im szybkie odpowiedzi. Myślenie psychoanalityczne jest więc przede wszystkim metodą wątpienia, metodą stawiania znaków zapytania. Jest metodą wątpienia w to co-zrozumiałe-samo-przez-się, oczywiste z dużym stopniem prawdopodobieństwa, wątpienia w niezmienność tego, co zawsze było, wątpienia w to, że zjawiska są takie, jakimi się wydają, oraz wątpienia w linearność, przyczynowość i przeliczalność podmiotów oraz ich form wyrazu. Tej postawie poznawczej, postawie oświeconej nauki, jest bliska z gruntu immanentna odmowa afirmacji (i to nawet jeśli konkretne twierdzenia o określonej treści, które formułował Freud i inni psychoanalitycy mają cechy afirmatywne).

Konieczne jest pojawienie się suwerennego społeczeństwa gotowego do powołania do istnienia instytucji, której zadaniem byłoby przede wszystkim pełnienie roli „kolca w ciele”. Uniwersytet jest finansowany głównie po to, aby umożliwiał osiąganie pożytecznych i przynoszących zyski wyników badań, jak też po to, aby dobrze wykonać społeczne zlecenie kształcenia (Bildung), przy czym pojęcie kształcenia w międzyczasie zaczęło mieć mniej wspólnego z jego Humboldowskim rozumieniem, a więcej z instrumentalnym imperatywem przydatności i użyteczności. Ta ewolucja znajduje swoje odzwierciedlenie w kryzysie nauk humanistycznych. Gdyby kształcenie rozumieć przede wszystkim jako proces, w którym chodzi o poznanie tego, co własne, jak to określił Humboldt, a zatem jako stwarzanie szansy na to, aby pragnienie wiedzy przekształcić w proces poznania, na stworzenie wewnętrznego domu myśli, poczucia się jak w domu w światach myśli, stwarzanie szansy na rozwinięcie wewnętrznej i zewnętrznej przestrzeni dla świadomych siebie ruchów myśli, na rozpoznawanie związków zależności, na umiejętność analitycznego myślenia w ramach tych związków itd. – gdyby pojęcie kształcenia było rozumiane w ten sposób, nie byłoby żadnego zasługującego na to miano konfliktu między etycznym obowiązkiem uniwersytetu a jego misją społeczną, nie byłoby też, nawiasem mówiąc, napięcia między psychoanalizą a uniwersytetem.

Rzeczywistość na większości uniwersytetów wygląda jednak inaczej. Idealny związek pomiędzy badaniami i nauczaniem, które miałyby pozostawać ze sobą w bezpośrednim powiązaniu, podobnie jak psychoanalityczna idea nierozłącznego związku samopoznania i uzdrowienia, załamały się. Był to wprawdzie zawsze związek o charakterze idealnym, ale kształtował on tożsamość samorozumienia uniwersytetów jako instytucji, w których produktywność naukowa jest powiązana ze szkoleniem następnego pokolenia naukowców i ma się z nim doskonale uzupełniać. Związek ten został dzisiaj zerwany nie tylko dlatego, że badania na uniwersytetach odbywają się przede wszystkim w ramach projektów finansowanych przez zewnętrzne instancje, przy czym „użyteczność” tych projektów wykazana została już z góry w procesie składania wniosków przez ich autorów, a więc ma to niewiele wspólnego z nauczaniem związanym z poznawaniem. Zostaje on zerwany również dlatego, że w konsekwencji na uniwersytetach dominuje tendencja do definiowania siebie jako instytucji czysto edukacyjnych w ścisłym tego słowa znaczeniu, a nie jako miejsc produktywnych naukowo, kreatywnych, otwartych na dyskusje. Uniwersytety rezygnują w ten sposób ze swojej, wynikającej przynajmniej z ich definicji, wyróżnionej pozycji jako miejsca, w którym tworzy się teorie i rodzi się otwarty na różne dziedziny dyskurs, który kształci; rezygnują z miejsca przypisanego im społecznie, miejsca krzewiącego kulturę, w którym nie traktuje się jej w kategoriach użyteczności i troszczy się o jej międzypokoleniową dostępność. Zamiast tego, uniwersytety są przekształcane w coraz bardziej prymitywny sposób w obozy treningowe, na których zdobywa się kompetencje praktyczne. Podlegają one zatem coraz bardziej dzisiaj widocznemu imperatywowi użyteczności, który stosuje się do nich biorąc pod uwagę kryteria zewnętrzne. One to teraz decydują o tym, czy korzystne lub nie jest dalsze istnienie danego instytutu, jego tematyczne ukierunkowanie, uprawiane pole badawcze.

Zmieniło się też rozumienie zdobytych kwalifikacji. Wspomniałam już wcześniej, że doniosłości wykształcenia uniwersyteckiego nie upatruje się już w fakcie, iż pod koniec studiów młody człowiek uzyskuje ojczyznę dla swoich myśli i oswaja się z własnymi możliwościami poznawczymi oraz możliwościami własnej dyscypliny, ze wszystkimi opcjami, które ona otwiera również w sensie operacyjnym, nastawionym na zastosowanie. Dominujące w społeczeństwie pojęcie zdobytych kwalifikacji staje się coraz bardziej tożsame z kompetencjami praktycznymi, z instrukcjami w odniesieniu do przeważnie fikcyjnie opisanej dziedziny zawodowej – wartościowe jest tylko to, co może okazać się bezpośrednio pożyteczne i z czego można zrobić użytek. Analogicznie, badanie czy tworzenie teorii legitymizuje się, biorąc pod uwagę wynikające z nich bezpośrednio użyteczne efekty możliwe do zastosowania w praktyce; teoria pozostaje więc odzwierciedleniem tego, co już jest. Jest to „duch związany przez praktykę, który poza nią nie wykracza”[3], jak o tym trafnie pisze Adorno, zaś pragmatyzm tego ducha nie jest niczym innym, jak „przytwierdzeniem wiedzy do istniejących warunków, w sytuacji, gdy o wszystkim decyduje kryterium użyteczności”. [4]

Myślenie, badanie i studiowanie jako działalność głęboko libidinalna, jako intelektualna przygoda, o ile to możliwe prowadzona z pasją, która oddaje się pragnieniu poznania, temu bezwarunkowemu, libidalnemu pragnieniu wiedzy, które nie jest w stanie z góry uzasadnić swojej przydatności, ale które zachowuje swą ważność, owo myślenie, badanie i studiowanie nie znajduje dzisiaj właściwego mu miejsca, i czasami nie toleruje się go nawet jako zjawiska o marginalnym charakterze.

Pragmatyczno-instrumentalna kultura odpowiedzi coraz częściej zajmuje miejsce analitycznej kultury zadawania pytań, która sama w sobie jest już krytycznym impulsem. Na tym właśnie polega moment zakłócenia ze strony myślenia psychoanalitycznego. Im bardziej uniwersytety postrzegają siebie – lub zgadzają się na to postrzeganie i definiowanie siebie – jako miejsce produkcji pewników i dostawców gotowych odpowiedzi, tym bardziej prowokującym musi wydawać się im myślenie psychoanalityczne, do którego stylu należy wątpienie i uporczywość w zadawaniu pytań. Ono też, jeśli tylko traktuje siebie poważnie, nie stroni od podejmowania pytań nierozwiązywalnych, niejednoznacznych, aporetycznych.

Zapewne to mieli na myśli Adorno i Marcuse, kiedy mówili o „przestarzałym” charakterze psychoanalizy, upatrując w nim jej przyszłość, a także jej siłę. I choć jest to bez wątpienia siła, to jeszcze dziesięć lat temu można było się poważnie obawiać o przyszłość psychoanalizy, i jest to niestety w dużej mierze nadal aktualne.

I to właśnie zarysowany powyżej kierunek rozwoju uniwersytetów oraz pogłębiająca się niemożność ich pogodzenia z założeniami naukowo-teoretycznymi i metodologicznymi psychoanalizy, sprawiły, że powstał International Psychoanalytic University, którym obecnie kieruję. Jest on w obliczu braku u nas tradycji prywatnych instytucji edukacyjnych, zwłaszcza na polu uniwersyteckim, śmiałym przedsięwzięciem.

Proszę pozwolić, że pokrótce przedstawię IPU – nie jako utopijny ideał, jak to kiedyś obmyślił Freud, ale jako projekt psychoanalitycznego uniwersytetu, który pojawił się w teraźniejszości i jest w niej mocno zakotwiczony. W programie tego uniwersytetu zawarte jest wszystko, co Freud proponował w swoim artykule, ale też dochodzi do tego szereg zajęć dodatkowych, co w naszym Studium Generale odgrywa dużą rolę.

Założenie IPU jest w istocie aktem samoobrony naukowej, ponieważ jest reakcją na opisane tutaj stopniowe wypieranie psychoanalizy z niemieckich uniwersytetów państwowych, ze względu na dominujące w naukach humanistycznych i społecznych, a zwłaszcza w psychologii, ukierunkowanie na podejście nomotetyczne, kognitywistyczne i behawioralne. Celem założenia IPU było właśnie wypełnienie tej luki, która powstała w wyniku jednostronnego zorientowania psychologii akademickiej na nauki przyrodnicze. Historia psychoanalizy pokazuje, że od samego początku usytuowana była ona w poprzek dyscyplin naukowych, od samego początku przekraczała ona zastane granice i była transdyscyplinarna. Można powiedzieć nawet więcej: jej transdyscyplinarność jest dla niej konstytutywna. Jest to nauka o człowieku w najlepszym tego słowa znaczeniu: w jej zasobie wiedzy zawarte są elementy metodologiczne i specjalistyczne zasadniczo wszystkich podejść właściwych naukom humanistycznym, społecznym, kulturowym i przyrodniczym skupionych na obiekcie badawczym jakim jest człowiek. Uniwersytet psychoanalityczny musi wziąć pod uwagę tę epistemiczną i epistemologiczną specyfikę psychoanalizy i mimo wszystkich związanych z nią trudności naukowo-teoretycznych, a przede wszystkim naukowo-politycznych, odzwierciedlić ją w swoim programie.

Z tego podejścia bierze się znacznie szersze i bardziej złożone spojrzenie na ludzkie zachowania, niż to reprezentowane przez główny nurt psychologii. Prowadzący zajęcia na IPU w swoich badaniach i nauczaniu przyjmują zarówno kliniczną, jak i kulturową oraz społeczną perspektywę, starając się w miarę możliwości łączyć różne aspekty nauk humanistycznych, społecznych, kulturoznawczych i przyrodniczych, i zastanawiać się nad ich wzajemnymi relacjami. Wymaga to nie tylko otwartości, czyli nadawania priorytetu myśleniu w kategoriach „jak również” nad myśleniem w kategoriach „albo-albo”, ale także gotowości do dokonywania transferów w obu kierunkach. Jest to elementarny rdzeń metodycznej samoświadomości na IPU, ponieważ właśnie w tym punkcie prawdziwie psychoanalityczna episteme zbiega się z innymi tradycjami naukowymi i podejmuje z nimi dialog. Chodzi więc o to, by zastanowić się nad punktami przecięcia tych całkiem różnych, częściowo przeciwstawnych, ale ostatecznie komplementarnych rozumień tego co naukowe – i w miarę możliwości myśleć je łącznie. Tego typu myślenie musi być stale rozwijane, musi być podejmowane ciągle na nowo, by było produktywne. Wiąże się z tym również uznanie, że nie wszystko daje się włączyć w tego typu wzajemne odniesienie, tzn. że istnieją niewspółmierne i kierujące się własną logiką ujęcia. Dążymy do tego, aby spór między poszczególnymi dziedzinami wiedzy, o ile to możliwe, przekształcić w dialog. Jest to trudne przedsięwzięcie, niekiedy bardzo delikatne i wymagające ciągłego przemyśliwania na nowo różnych kwestii. Czasami przypomina to chodzenie po linie. Chodzi w nim bowiem o to, aby zachować i rozwijać specyfikę psychoanalitycznego myślenia, a zarazem doszukiwać się związku z innymi dyscyplinami, jak również o wdanie się w spór kompetencyjny z uzasadnionymi i niekwestionowalnymi ujęciami tego, co naukowe.

Ale pomimo tych wszystkich prób wypośrodkowania między różnymi podejściami, IPU można porównać do nikłej – acz powszechnie docenianej – latarenki torującej drogę psychoanalizie uniwersyteckiej w ubogim w psychoanalizę, a niekiedy nawet jej zdecydowanie wrogim, krajobrazie uniwersyteckim. Jest IPU „znakiem pamięci”, o którym należy myśleć z perspektywy czasu przyszłego, niejako w czasie przyszłym dokonanym. Nie jako o utopijnym projekcie, ale realnej topografii pragnienia wiedzy i jako o tętniącym życiem miejscu psychoanalitycznego myślenia. Takim miejscem będzie też, o czym jestem przekonana, Ośrodek Myśli Psychoanalitycznej – zapowiedzią przyszłości psychoanalizy i wyzwaniem dla teraźniejszości, które zawarte jest w myśleniu psychoanalitycznym. To co powiedziała Amanda Gorman w jej poruszającym wierszu z okazji inauguracji prezydentury Joe Bidena dotyczy w równej mierze International Psychoanalytic University w Berlinie jak i Ośrodka Myśli Psychoanalitycznej w Warszawie. Dotyczy to również tej cennej polsko-niemieckiej inicjatywy: „Kiedy bowiem kierujemy nasze oczy w przyszłość, historia patrzy się na nas”.

W tym celu życzę Wam, osobiście, a także w imieniu IPU, z głębi serca powodzenia i wszelkich sukcesów!

Przełożył: Paweł Dybel

[1]                                    Friedrich Schleiermacher: Gelegentliche Gedanken über Universitäten in deutschem Sinn. Nebst einem Anhang über eine neu zu errichtende (1808)

 

[2]                  Th. W. Adorno: Marginalien zu Theorie und Praxis, in: Stichworte,1969; Gesammelte Schriften 10•2, S.763

[3]                  Th. Adorno, Marginalien zu Theorie und Praxis, GS 10, 2. S. 768

[4]                  Tamże, s.761

Komentarze:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

#1

Redakcja: Barbara Barysz, Julia Jastrzębska, Ewa Kobylińska-Dehe, Zbigniew Kossowski, Andrzej Leder, Adam Lipszyc.

Kontakt: wunderblock@wunderblock.pl

Ośrodek Myśli Psychoanalitycznej