Ośrodek Myśli Psychoanalitycznej
Instytut Filozofii i Socjologii PAN
wunderBlog

W gabinecie luster

Nadia Kostrzewa
10 maja 2021

 

Patrząc w ekran komputera widziałam twarz pacjentki wpatrującą się w coś z intensywnością, jakiej u niej nigdy wcześniej nie widziałam. Wzrok skierowała lekko w bok, nie uciekając jednak oczami, skupiona na jednym punkcie. Czułam, że jest ze mną, a jednocześnie gdzie indziej. Sesja toczyła się dalej, pacjentka, z charakterystycznym dla niej zablokowaniem, cedziła słowa, jakby tworzenie ich bolało. Jednocześnie jej wzrok ciągle był nieruchomy, choć widziałam w nim zaskoczenie, i jeszcze coś, co trudno mi było rozpoznać. Zafascynowanie? Oszołomienie? W końcu skomentowałam, że wydaje się dzisiaj intensywnie w coś wpatrywać. Pacjentka ocknęła się i po dłuższej chwili powiedziała: widzę siebie. Po chwili dodała: widzę siebie patrzącą na panią!

Uderzyła mnie konkretność, ale też podwójność tego komentarza. Dzięki możliwościom aplikacji, z której korzystałyśmy, pacjentka dosłownie widziała siebie, swoje odbicie, zamknięte w małej ikonie. Mówiła do mnie, monitorując jednocześnie swoją twarz, dzięki czemu mogła, choćby na chwilę, powiązać strumień uczuć przepływających przez nią w trakcie sesji, z wyrazem własnej twarzy, zmieniającej się pod wpływem afektów. W tym sensie nie było to stateczne odbicie, lecz obraz ruchomy. Wydawała się bardzo poruszona, dotknięta poczuciem żywości swojej twarzy. Myślę, że także poczuciem swojego istnienia w ogóle. Nagle również we mnie pojawiła się przejmująca świadomość, nie tylko samej siebie, ale też swojego żywego obrazu na ekranie. I tak oto trwałyśmy – ja, ona, nasze dwa ruchome odbicia – każda wpatrzona we własne lustro. Łaciński czasownik miror i jego forma bezokolicznikowa mirari oznacza podziw, ale także zdziwienie, zdumienie1. Napięcie między tymi znaczeniami odsłania różnicę między patrzeniem na swoje lustrzane odbicie – rozumianym jako podziwianie obrazu, a patrzeniem w lustro – ze zdumieniem i być może zaciekawieniem. Wiemy, że na tym właśnie polega dramat mitycznego Narcyza, który patrzy, aby zobaczyć, czy jest piękny, a nie po to, by znaleźć piękno w osobie, na którą patrzy. Ten rodzaj patrzenia, charakterystyczny dla tematyki narcystycznej, pociąga za sobą również rozmycie granicy pomiędzy rzeczywistością a iluzją. Inaczej niż u Sylvii Plath, której lustro pokazuje rzeczywistość („Jestem srebrne i dokładne. Nie mam uprzedzeń/ Cokolwiek widzę połykam natychmiast/ Takie, Jak to jest, niezamglone ani miłością ani nienawiścią”)2, lustrzana tafla wody odbija pewien miraż, który każe Narcyzowi myśleć: jestem najpiękniejszy na świecie. Margaret Mahler zwracała na to uwagę, podkreślając, iż porażka odpowiedniego odzwierciedlania w fazie ponownego zbliżania, może powodować zniekształcony obraz self – kompensacyjną formację chroniącą przed przytłaczającą świadomością bycia podatnym na zranienie.3 Odwracamy się wtedy od możliwości kształtowania pełnego, prawdziwego self na rzecz konstruowania obrazów, zgodnych z tym, co chcą w nas zobaczyć inni. Obrazy te są jednak bardziej statyczne, sztywne, jak postać na fotografii uchwycona tylko z jednego profilu, ze źle wykadrowanym uchem lub stopą. Jak miraż, który etymologicznie ma przecież ten sam rdzeń co słowo lustro, jednak inaczej odbija rzeczywistość.

***

„Co widzi niemowlę, kiedy patrzy na twarz matki? Twierdzę, że głównie widzi wtedy siebie. Innymi słowy, matka patrzy na dziecko i to, jak ona wygląda, ma związek z tym, co widzi w dziecku.4 — pisał Winnicott, czyniąc zagadnienie bycia widzianym tematem swojego artykułu o lustrzanej roli matki. Czy można sparafrazować jego wypowiedź, pytając: co widzi pacjent kiedy patrzy na twarz analityka i co może zobaczyć patrząc jednocześnie na swoją twarz? Gdyby udało się spojrzeć na przeżycie mojej pacjentki przez lupę, można by zauważyć jego dwie zasadnicze części. Pierwsza zakłada doświadczenie samotnego rozpoznania – widzę siebie, by zaraz później odnieść się do świata relacji – widzę siebie, patrzącą na panią. Wydaje się, że do tej podwójności odnosi się Winnicott, pisząc, że intymność opiera się na doświadczeniu bycia samemu w obecności innego. Studiując frazę I am alone, wskazuje on na trzy etapy rozwoju emocjonalnego. Pierwszy z nich obejmuje rozpoznanie: ja (ang. I), jako moment wyłaniania się ze środowiska, rozróżnienia między mną a nie-mną. Drugi etap: ja jestem (ang. I am) wyznacza moment przejścia między indywidualnością, która już nie tyle nabiera kształtu lecz także ożywa, choć jeszcze pozostaje surowa i niezdefiniowana. I wreszcie etap: jestem sam (ang. I am alone), który mieści w sobie założenie, że matka/ analityk istnieje w sposób ciągły, „ponieważ stan samotności jest czymś, co (choć paradoksalnie) zawsze implikuje, że jest tam ktoś inny”5. Podobnie ma się rzecz w psychoanalizie lacanowskiej, gdzie termin faza lustra opisuje zjawisko, dzięki któremu dziecko zaczyna rozpoznawać siebie jako odrębny od matki obiekt6.

Stadium zwierciadła można rozumieć jako identyfikację w psychoanalitycznym znaczeniu tego słowa, czyli jako zmianę zachodzącą w osobie wówczas, gdy zaczyna rozpoznawać swoje własne odbicie w lustrze. Jest to moment wejścia na drogę prowadzącą do doświadczenia integralności własnego ciała, postrzeganego od teraz jako całość i jedność. Może to zadziać się tylko wtedy, gdy obok znajduje się druga osoba, drugi myślący umysł, która powtórzy: „tak, to właśnie ty”. Można chyba postawić znak równości między drugim myślącym umysłem a konkretnymi ramionami matki – jedno i drugie ma zdolność trzymania, jedno i drugie potrafi kołysać.

„Podmiot powstaje tylko przez wystawienie go na działanie Innego” – to punkt, w którym Winnicott zgodziłby się z Levinasem7. To spotkanie z Innym wystawia nas na doświadczenie nieskończoności, które Levinas nazywa doświadczeniem zewnętrzności, zagadką, która jest poza wiedzą. Jak możemy odpowiedzieć na tę nieskończoność, w którą wpisane jest tyle możliwości, tyle relacyjnych konstelacji? Jedną z nich jest przecież napotkanie wzroku Meduzy, która miała moc zmieniania w kamień wszystkiego co żywe. Być może to właśnie widzi niemowlę, patrząc w twarz matki, nękanej depresją lub narcystycznie zaabsorbowanej szukaniem swojego odbicia w dziecku. Myślę o gabinetach luster, w których stajemy przed tysiącami własnych zniekształconych odbić, czasami śmiesznych, czasami perwersyjnie przekręconych, gdy nagle nogi wyrastają nam prosto ze zniekształconej głowy. Niekiedy wśród tysiąca obrazów, napotykamy całkiem zwyczajne odbicie naszej twarzy. Czasem czujemy wtedy ulgę, a czasem niedowierzanie, wówczas próbujemy dalej badać, czy to, co widzimy, jest prawdziwe.

Myślę, że pacjentka miesiącami przeglądała się w mojej twarzy, gdy trzymałam w swoim umyśle jej obraz jako żywej, odrębnej istoty, wbrew poczuciu martwoty, które tak często zalegało między nami. W tym sensie metafora lustra napotyka na swoje ograniczenie. Lustra bowiem nie zmieniają się pod wpływem tego, kto w nie patrzy. Gdybyśmy zatrzymały się tylko na tym poziomie, skazałybyśmy się na uwięzienie w tym, co widać, zamykając drogę do nieświadomości. Pacjentka potrzebowała przekształceń, Bionowskiego reverie, by móc doświadczyć żywości w miejsce martwoty. Dlatego dopiero zobaczenie samej siebie w momencie bycia w relacji ze mną pozwoliło jej z całą mocą doświadczyć bycia żywą, a jednocześnie odrębną. Wydaje się, że nie było to przytłaczające, nagłe doświadczenie swojej odrębności, o jakim pisała Frances Tustin w odniesieniu do stanów autystycznych u neurotycznych pacjentów8. Raczej świadomość, którą można określić słowami „oto ja – obok Ciebie”. W tym sensie umknęłyśmy spojrzeniu Meduzy, na rzecz odzwierciedlającej twarzy matki. Winnicott pisał przecież: „psychoterapia działa wówczas jak złożona pochodna twarzy, która odbija to, co ma być widziane”9.

***

Istnieje w internetowej sesji również obraz mojej twarzy patrzącej na pacjentkę. Twarzy, której nigdy wcześniej nie dane mi było oglądać w tej sytuacji. Z zaskoczeniem zobaczyłam w jaki wyraz układają się moje rysy, gdy zamyślam się głęboko, będąc częścią analitycznego pola. Reggio Levy w swoim pięknym artykule o intymności10 powołuje się na słowa architekta krajobrazu i poety Paula Andreu, który omawiając związek między materiałami a światłem, wskazuje, że powinna istnieć między nimi „taneczność”, możliwość tańczenia ze sobą tych dwóch elementów, interakcji, przenikania się, tak, aby mogło wyłonić się coś żywego. Podobnie myślę o analitycznej parze, która potrzebuje zanurzyć się w emocjonalnym doświadczeniu, bliższemu stanom onirycznym, by stworzyć coś nowego, rozumianego bardziej jako przeżycie niż wiedza. Intymność tego spotkania dotyka obie strony relacji, dzięki czemu nie tylko pacjentka mogła rozpoznać swoje istnienie. Analityk może dzielić doświadczenia emocjonalne z pacjentem, poznając go i pomagając mu poznać siebie. W ten sposób powstaje nowy aspekt psychoanalizy, jej intersubiektywny wymiar. Mam głębokie przekonanie, że dzieliłyśmy z pacjentką intymny moment wyłaniającej się na nowo świadomości swojego bycia oraz odrębności, które w tamtej chwili możliwe były do pomieszczenia i przeżycia.

1 Pines, M. (1984). Reflections on Mirroring. Int. R. Psycho-Anal., 11:27-42.

2 Lustro ; Pani Łazarzowa ; Gorączka 40 ; Śmierć i spółka :[ wiersze] / Sylvia Plath ; Przeł. Zbigniew Herbert // Zeszyty Literackie. – 2000, nr 4 , s. 53-59

3 Palombo,J., Bendicsen, H.K., Koch (2009). Guide to psychoanalytic developmental theories. Przeł. Marta Andrałojć. New York: Springer.

4 Winnicott, D.W (1971/2011) Zabawa a rzeczywistość. Przeł. A. Czownicka. Gdańsk: Imago

5 Abram, J. (1996). The Language of Winnicott: A Dictionary of Winnicott’s Use of Words. Clunie Press. PEP

6 Anzieu, D. (1979). The Sound Image of the Self. Int. R. Psycho-Anal., 6:23-36.

7 Alford, C.F. (2000) Levinas and Winnicott: Motherhood and Responsibility. Am. Imago, 57(3):235-259.

8 Tustin, F. (1986/2021) Bariery autystyczne u pacjentów neurotycznych. Warszawa. Oficyna Wydawnicza Fundament.

9 Winnicott, D.W (1971/2011) Zabawa a rzeczywistość. Przeł. A. Czownicka. Gdańsk: Imago.

10 Levy, R. (2017). Intimacy: The Drama and Beauty of Encountering the other. Int. J. Psycho-Anal., 98(3):877-894, PEP.

Komentarze:

2 myśli w temacie “W gabinecie luster”

  1. Bardzo się cieszę, że odważyłaś się przesłać ten tekst – najpierw w ramach “opowieści pandemicznych”, a teraz tu- na WunderBlogu. Gratuluję tej publikacji – a także – już a propos samego tekstu – jest krótki, lecz poruszający.
    “Lustra bowiem nie zmieniają się pod wpływem tego, kto w nie patrzy”, napisałaś coś, co porusza myślenie o tym, co widać na twarzy, co się zmienia, jak to ewoluuje. Może ten tekst też jest bardziej jak doświadczenie i przemyślenie, można z nim “utanecznić” się – i może tak trudno mi napisać coś z poziomu wiedzy – bo przecież podzieliłaś się intymnym doświadczeniem z sesji, które czytając, przeżywam – ale – nie wiem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

#1

Redakcja: Barbara Barysz, Julia Jastrzębska, Ewa Kobylińska-Dehe, Zbigniew Kossowski, Andrzej Leder, Adam Lipszyc.

Kontakt: wunderblock@wunderblock.pl

Ośrodek Myśli Psychoanalitycznej