Ośrodek Myśli Psychoanalitycznej
Instytut Filozofii i Socjologii PAN
wunderBlog

Wiemy tak niewiele. Lęk przed losem – lęk zapomniany w psychoanalizie?

Dawid Bieńkowski
8 listopada 2021

Rano w sobotę dostaję wiadomość od pacjenta – pana D: „Aneta dziś nad ranem zginęła w wypadku”. Musiałem usiąść, łzy napłynęły mi do oczu. Wstrząśnięty odpisuję: „proszę zadzwonić, jeżeli chce pan porozmawiać”. Pan D dzwoni. Opowiada zanosząc się płaczem: Aneta (dziewczyna pana D) przechodziła normalnie po pasach. Nie wiem, czy źle oceniła odległość, czy nie zauważyła go. Skurwiel nie zdążył wyhamować. Uderzył ją z taką siłą, że przeleciała na trawnik między jezdniami. Otwarte złamanie nogi, strzaskana miednica, pęknięta wątroba, śledziona, pęcherz i w kilku miejscach popękana czaszka. Żyła jeszcze przez noc, nad ranem umarła, dwie godziny temu. Pan D łka. „Co ja zrobię, co ja teraz zrobię…” W słuchawce zalega niekończąca się cisza.

 

Pani A mówi: wczoraj zmarł mój ojciec. Miał 57 lat, był zdrowy, aktywny, pracował. Dostał rozległego wylewu. Milknie, łzy płyną jej po policzkach. „Był w swoim biurze. Siedział przy biurku, pisał jakąś opinię. Znaleźli go leżącego twarzą na blacie. Przewieźli go do szpitala, jeszcze żył. Byłyśmy z mamą przy nim, ale chyba lepiej, że umarł, to okropne co mówię, ale on by nie wytrzymał życia w paraliżu. Ale, nikt się tego nie spodziewał, nikt, ojciec też. Jak grom z jasnego nieba. Pisał opinię przy biurku… To jest po prostu niemożliwe…”

 

Pan B opowiada: „No i skończyło się jak się miało skończyć. Zawsze panu mówiłem, że ciągłe nawracające stany zapalne flaków muszą skończyć się rakiem, wiedziałem, kurde, wiedziałem”. Uderza z wściekłością w poręcz fotela. „Dzisiaj dostałem wynik histopatologii wycinka. Jest jednoznaczny, rak proszę pana.” Ciężko wzdycha. „Wiedziałem, wiedziałem o tym. Gówno dały te wszystkie regularne badania. Musze się natychmiast położyć do szpitala. Nie będzie mnie na następnej sesji.” Chowa twarz w dłonie. „Co ze mną będzie? Mój ojciec przecież na to zmarł. Robiłem badania, starałem się nie żreć kiełbas i boczku, tego pieprzonego czerwonego mięsa… i co z tego? Musi być szybka operacja, bo powiedzieli, że trzeba wyciąć. Tak szybko to się stało, nie wierzę w to! Dlaczego, kurwa, ja? Dlaczego to jest tak ułożone? Jaki to wszystko razem ma sens? Jakie są szanse na wyleczenie? Jak długo da się utrzymać chorobę bez przerzutów? Kto to może wiedzieć? Czy będę nosił worek z gównem między nogami?”

 

Pan J opowiada: „Ojciec tłukł matkę regularnie. Mnie też. Do czasu, kiedy nie zrobiłem się wyższy od niego.” Przygląda mi się uważnie. „Przestał, kiedy odepchnąłem go z taką siłą, że poleciał na ścianę, że odbił się od niej i upadł na podłogę. Oczywiści był zalany.” Pan J robi długie przerwy. „Już do mnie potem nie doskakiwał, tylko strach mógł go powstrzymać. Ale ja też się przestraszyłem, że tak własnego ojca mogłem… Ale widać nie przestraszyłem się aż tak bardzo…, kilka miesięcy później jak walił matkę pięściami po twarzy, to znowu go odepchnąłem. Też się przewrócił… i uderzył głową w parapet. Już nie odzyskał przytomności.” Pan J ciężko westchnął. „Wszyscy wiedzieli, że chleje, uznali, że się wywrócił po pijanemu.” Schował twarz w dłoniach. „A ja mam krew ojca na rękach… Taki los, widzi pan…” Zaległa długa cisza. „Dlaczego poleciał na ten parapet, dlaczego przeze mnie? Był wyjątkowym chujem, wybił wtedy matce cztery zęby… Taki kurwa los…”

 

Edyp: Kiedy dorosłem dowiedziałem się, że mam zabić własnego ojca i spać w własną matką. Byłem przerażony i zupełnie bezradny. Przecież to całkowicie bez sensu, masz wiedzę, to trzeba jakoś się temu przeciwstawić, mieć wpływ, zrobić użytek z tej wiedzy…, tak wtedy myślałem… Wszyscy pamiętają, jak próbowałem zaradzić tej przepowiedni. Kompletna desperacja. Uciekać, jak najdalej uciekać… czy można uciec od wyroków Losu? Ale nie tylko ja borykałem się z taką beznadziejną sytuacją. Jak wiecie mój biologiczny ojciec, kiedy się urodziłem dowiedział się, że jego własny syn, czyli ja, kiedyś go zamorduje. Skurwiel postanowił więc mnie zabić, wydawało mu się, że oszuka Los. Kiedy człowiek boi się śmierci, może zabić własne dziecko. Obaj próbowaliśmy oszukać Los, wyprowadzić go w pole. Czy nam się udało? Wiecie przecież wszyscy jak się to skończyło. Ale obaj robiliśmy to z lęku, z przerażenia śmiercią…

 

***

 

Tak niewiele wiemy…

To los (przypadek) decyduje o czasie i miejscu naszego urodzenia, ślepy los odpowiada za to, kim są nasi rodzice i jakiego przyszło nam doświadczyć dzieciństwa. To los też wyposaża nas w płeć, kolor oczu, wzrost, temperament, gorszą lub lepszą pamięć i własną niepowtarzalną nieświadomość. Los przynosi nam też naszą przyszłość.

Tak niewiele wiemy… O tym, co stanie się z nami za chwilę, za godzinę, za dzień, za miesiąc, za rok. Nasza przyszłość jest nieodgadniona. Poczucie kruchości, śmiertelności i słabości wydają się być wpisane w ludzką kondycję. Jednak czy na co dzień dopuszczamy do świadomości tę oczywistą niewiedzę, nieunikniony finał, określający charakter naszej egzystencji? Czy dopuszczamy do siebie myśl, że nie znamy przyszłości? Czy boimy się nieprzewidywalności i braku wpływu na to, co nam ona przyniesie?

O czekającej nas przyszłości, choć zazwyczaj niewiele o niej wiemy, staramy się myśleć z poczuciem wpływu i przekonaniem, że trzymamy ją jakoś we własnych rękach. Ale jest aspekt, który się tej iluzji poddaje się z trudem. Los przynosi człowiekowi wyrok ostateczny – śmierć. Do ostatniej chwili nie mamy pewności, kiedy to się stanie. Nawet jeśli wydaje się, że śmierć jest tuż, nie wiemy co ostatecznie zdecyduje los. Możemy więc założyć, że lęk przed wyrokami losu ściśle spleciony jest z lękiem przed śmiercią, jako ostatecznym wyrokiem tegoż losu, którego szczegółów do końca nigdy nie poznamy, i który może być źródłem lęku, depresji i rozpaczy. Dlatego o lęku przed losem możemy mówić również jako o lęku przed śmiercią.

 

***

 

Jak psychoanaliza rozważa kwestię niepewności przyszłości i związanego z nią lęku przed śmiercią? Czy nadaje mu znaczące miejsce w spektrum ludzkiego cierpienia? Czy poczucie śmiertelności i bezradności egzystencjalnej umiejscawia jako ważny kompleks emocji wpływający na rozwój? Czy uważa go za istotny klinicznie? Czy i w jaki sposób, lęk przed przyszłością i lek przed śmiercią może w ujęciu psychoanalitycznym wpływać na powstawanie psychopatologii? Czy psychoanaliza odnosi się do tego doświadczenia, że „wiemy tak niewiele…”? Jak psychoanaliza próbuje rozstrzygnąć filozoficzne pytanie: czy życie człowieka jest wynikiem jego wolnej woli, czy jest zdeterminowane losem?

Z pewnością znaczenie i sprawczość wolnej woli traktowana jest w psychoanalizie z dystansem. Jako że człowiek podlega działaniu nieświadomych sił, skonfliktowanych pragnień, popędów, fantazji, to jego wolna wola może być iluzoryczna. Jeśli nieświadomość znacząco determinuje działania człowieka, to ona jest w efekcie odpowiedzialna za to, co go w życiu spotyka. Ale gdzie (i czy) jest w takim myśleniu przestrzeń na uwzględnienie działającego na człowieka splotu sił zewnętrznych? Czy należałoby założyć, że psychoanaliza umieszcza nieprzewidywalny los w nieświadomości? Czy przyjmując taką hipotezę, możemy liczyć na zmniejszenie nieprzewidywalności losu i zyskać nadzieję na większy wpływ na przebieg naszego życia? Na przykład dzięki własnej analizie?

Jednym z zasadniczych celów terapeutycznej pracy analitycznej jest wgląd czyli uświadomienie sobie. Teoria psychoanalityczna dąży do poznania, zrozumienia ludzkiego rozwoju i ludzkiego funkcjonowania emocjonalnego. Uświadamianie sobie powoduje, że zaczynamy mieć większy wpływ na siły, które działały w nas nieświadomie, poza naszym wpływem, możemy je mieć pod kontrolą. W psychoanalitycznym rozumieniu determinizmu nieświadomości, wydaje się istnieć aspekt nadziei – uzyskany wgląd w nieświadome możnaby nazwać wolną wolą. Wydaje się jednak, że psychoanaliza nie koncentruje się na emocjonalnych konsekwencjach egzystencjalnej niewiedzy o „realnym zewnętrznym”. W perspektywie psychoanalitycznej to raczej siły nieświadome napawają grozą i pokorą. Są potężne, niekontrolowalne, działają w ukryciu i są do końca niepoznawalne. A co z „realnym zewnętrznym”, co z losem?, który można opisać tymi samymi określeniami, co siły nieświadome? Wydaje się, że w myśleniu psychoanalitycznym został on do pewnego stopnia zapomniany.

 

***

 

Tragiczna historia Edypa to narracja o podstawowym znaczeniu dla psychoanalizy. Freud odczytał mit o Edypie jako opowieść o uniwersalnych nieświadomych pragnieniach, opisującą uniwersalny kompleks emocji i pragnień pojawiający się w rozwoju człowieka. Nieświadome miłosne pragnienie matki i rywalizacja z ojcem formułują ludzką tożsamość, seksualność i identyfikację płciową. Są też przyczyną konfliktu nerwicowego, który, jak się przyjmuje, z racji uniwersalności, jest nieunikniony w rozwoju człowieka.

Mit o Edypie może też jednak nieść inne znaczenia psychologiczne, niż te uchwycone przez Freuda. Warto przypomnieć, że jedną z podstawowych interpretacji, jaka towarzyszyła mitowi i odnoszącemu się do niego dramatowi Sofoklesa przez wieki, to rozumienie jego treści jako przedstawienia sytuacji człowieka poddanego wyrokom losu, wobec których jest on całkowicie bezradny. Nad życiem Edypa ciąży Los, od którego nie ma ucieczki. Mit ten stawia więc stare jak świat pytanie: jak wiele w życiu człowieka jest wolnej woli, a jak wiele determinizmu? I czym jest ów determinizm? Według interpretacji freudowskiej wydarzenia w życiu Edypa zdeterminowane są przez jego nieświadome pragnienia. To nieświadomość determinuje. Bogowie i ich zamysły, czyli determinizm zewnętrzny (Bogowie reprezentują „realne zewnętrzne”) nie mają znaczenia w tym ujęciu.

Świadomość życiowej podmiotowości konstruuje się dzięki poczuciu sprawstwa i wpływu na swoje życie i taświadomość bycia autorem swojego życia jest fundamentem ludzkiej tożsamości. Przerażony i wściekły Edyp próbuje uciec przed swoim losem. W ten sposób pragnie ocalić poczucie swojej podmiotowości. Robi wszystko, co w jego mocy, żeby odwrócić zapisany los, który odbiera mu poczucie sprawstwa. Przez dłuższy czas żyje w błogim przekonaniu, że mu się to udało, że uciekł swojemu fatum. Jednak to tylko iluzja, nie da się oszukać losu, który spełnia się nieubłaganie. Poza Edypem działają siły, których zmienić nie może, nie rozumie ich i wobec których jest bezradny. Poczucie wpływu i podmiotowość Edypa są zdruzgotane. Edyp pozostaje ze świadomością całkowitej daremności swoich zamierzeń i działań. Jest to stan rozpaczy, bezsiły i rezygnacji. Utraciwszy wszystko, sam się oślepiwszy na zawsze opuszcza swoje królestwo w poczuciu niezawinionej klęski.

To, co spotyka Edypa dzieje się nie tylko z powodu działania nieświadomych sił odkrytych przez Freuda, czyli nieokiełznanych pragnień, popędów, nieświadomych fantazji, które prowadzą do tragicznych czynów; do morderstwa własnego ojca i relacji seksualnej z własną matką. Freud w swojej interpretacji genialnie wydobywa dynamikę nieświadomych, popędowych sił wewnętrznych, które kierują człowiekiem poza jego świadoma wolą. Ale w historii Edypa widzimy również siłę zewnętrzną, niezrozumiały, niezawiniony, nieuchronny wyrok, na który nie ma Edyp również żadnego wpływu. To konstruuje tragedie Edypa i człowieka w ogóle, którego Los, przeznaczenie prowadzą przez życie. Obok klasycznej freudowskiej interpretacji przyczyn nerwicy możliwe jest więc i takie myślenie, w którym dopuszcza się wyjaśnienie, że nerwicę (także lęk) powodują nie tylko stłumione popędy z sytuacji edypalnej, ale mniej lub bardziej nieświadome poczucie nieprzewidywalności własnego losu, niepewności przyszłości, która nadejdzie, niepewności co do wpływu na swoje życie, wreszcie kruchości i śmiertelności.

Najsławniejszym bohaterem sytuacji edypalnej w literaturze psychoanalitycznej jest mały Hans. Freud analizuje edypalne podłoże fobii Małego Hansa.Podobnie jak mityczny Edyp, Hans przeżywa miłosne pożądanie w stosunku do matki. Pragnie jej wyłączności, chce być jej jedynym obiektem miłości. Na przeszkodzie staje ojciec. Hans chciałby go usunąć i zostać jedynym wybrankiem matki. Czuje do ojca nienawiść, a równocześnie bardzo go kocha. Mordercze uczucia jakie przeżywa do ojca przerażają Hansa. Hans boi się kary. Konstelacja lęków wywołuje silną fobię. Głównym zastępczym obiektem tej fobii stają się konie, których ugryzienia lęka się Hans. Freud uważa, że jest to przesunięty lęk przed karą kastracji, jakiej obawia się Hans za swoje agresywne pragnienia wobec ojca.

Jednak obok skomplikowanych edypalnych namiętności do matki, ojca i nowo narodzonej siostry, opisanych przez Freuda, Hans w tym trudnym momencie swojego życia doświadcza traumatycznej sytuacji. Będąc na spacerze ze swoją matką, obserwuje na ulicy drastyczne wydarzenie: upadek konia pociągowego. Leżący w drgawkach koń kopie kopytami w bruk, prawdopodobnie Hans widzi jego agonię, niespodziewaną, gwałtowną śmierć. Dla małego chłopca takie doświadczenie musi być głęboko traumatyczne, szokujące. Być może Hans myśli: To dowód, że naprawdę wszyscy jesteśmy śmiertelni, ojciec, matka, a także ja.

To właśnie bezpośrednio po tym doświadczeniu Hans zapada na silną fobię, boi się wychodzić z domu, przerażeniem napawają go konie. Freud wyjaśnia, że widok upadającego konia (w perspektywie Freuda to sam upadek, a nie domniemana śmierć zwierzęcia jest czynnikiem sprawczym fobii) napawa przerażeniem i jest przyczyną fobii, ponieważ jest zmaterializowaniem się morderczych, edypalnych pragnień Hansa w stosunku do kochanego ojca. Ale czy niespodziewane doświadczenie niezrozumiałej śmierci (bez morderczych fantazji) nie mogłoby na tyle przerazić, żeby stać się przyczyną silnych stanów lękowych? Czy doświadczenie niespodziewanej śmierci i płynące z tego doświadczenia wnioski, jakie można wyciągnąć, nie mogą także źródłem intensywnego lęku? Czy fobia Hansa nie wynika po części z przerażenia, że wszyscy w każdej chwili możemy stracić życie jak stracił je widziany przez niego koń pociągowy?

Freud wielokrotnie podkreślał, że dzieci zafascynowane są dwiema zagadkami: jak dzieci powstają i jaka jest w tym rola rodziców, oraz: na czym polega różnica płci. W tym miejscu warto postawić hipotezę, że to co również zaprząta dzieci, to zagadka śmiertelności człowieka. Obserwacja śmierci mogła wywołać w Hansie przerażający lęk, który utrwalił się i odtwarzał w fobii. Sytuacja lękowa stała się złożona. Obok lęku przed własnymi agresywnymi impulsami do ojca obecny był także intensywny lęk przed śmiercią. Nieprzewidywalną, zaskakującą, niezrozumiałą.

Freud uważał, że śmierć jest doświadczeniem niedostępnym ludzkiemu poznaniu i ludzkiemu doświadczeniu. Twierdził, że nie istnieje nieświadoma reprezentacja śmierci. Zagrożenie egzystencjalne, przerażenie śmiercią nie odgrywają według niego istotnej roli w konstrukcji konfliktu nerwicowego. Mierząc się z wyjaśnieniem nerwic wojennych pisał Freud, że śmiertelne zagrożenie nie wymaga kontroli cenzury, nie uruchamia wyparcia lub innych mechanizmów obronnych. Tak to ujął w Aktualnych uwagach na temat wojny i śmierci (Freud 1915/2009)

 

(…) Bo też własna śmierć jest czymś niewyobrażalnym, gdy tylko zaś usiłujemy ją sobie wyobrazić, dostrzegamy, że nadal w gruncie rzeczy jesteśmy tylko widzami. A zatem w szkole psychoanalitycznej można było ośmielić się wysunąć twierdzenia: tak naprawdę nikt nie wierzy we własną śmierć czy – co wychodzi na jedno – w nieświadomości każdy z nas jest przekonany o swej nieśmiertelności (str.39) (…) A zatem nasza nś nie wierzy we własną śmierć, zachowuje się jakby była nieśmiertelna. To, co określamy mianem naszej nś, najgłębsze, składające się z bodźców popędowych pokłady naszej duszy, w ogóle nie zna niczego negatywnego, nie zna żadnego zaprzeczenia, przeciwieństwa stapiają się w niej w jedno, nie zna przeto również własnej śmierci, której możemy nadać jedynie negatywną treść. Wierze w śmierć nie wychodzi więc w nas na spotkanie nic popędowego. (str.45)

 

Przypomnijmy pierwszą teorię popędów, w której zasadnicze miejsce zajmował konflikt między popędami samozachowawczymi i seksualnymi, metaforycznie opisywany przez Freuda, jako konflikt głód – miłość. W istocie działania popędów samozachowawczych muszą kryć mechanizm lęku przed zagrożeniem życia. Ból, lęk to podstawowe komunikatory używane przez mechanizmy samozachowawcze uruchamiające unikanie bądź zbliżanie się organizmu do zagrażających lub pożądanych bodźców. Czy wprowadzając do swojej teorii popędy samozachowawcze Freud nie zauważa ich podstawowych funkcji? Funkcji chroniących organizm, zabezpieczających przetrwanie? Czy zapomina o lęku jako podstawowym komunikacie o zagrożeniu? Zwłaszcza o zagrożeniu życia? Współcześnie analizując neurofizjologiczne podstawy reakcji lękowych jednoznacznie można stwierdzić, że lęk podstawowo i przede wszystkim jest emocjonalnie organicznym wyposażeniem, służącym zapewnieniu przetrwania. To na tych mechanizmach i tylko na tych, nabudowują się wszystkie reakcje lękowe.

Czy popędy samozachowawcze można umieścić w nieświadomości? (Freud opisywał je jako popędy ego) Mechanizmy samozachowawcze są filogenetycznie tak stare, jak stare jest życie. Reakcje lękowe na zagrożenie to reakcje bardzo pierwotne, podstawowe i często automatyczne. Z tej przyczyny, można zaryzykować hipotezę, że popędy samozachowawcze mogą pochodzić z nieświadomości. Byłyby to gatunkowe, wielopokoleniowe doświadczenia kruchości, śmiertelności, nieprzewidywalności losu. Filogenetyczna wiedza zapisana w nieświadomości. Byłaby to jednak inna nieświadomość niż nieświadomość w ujęciu Freudowskim. Nieświadomość, w której oprócz pragnień, popędów, skonfliktowanych sił apetytywnych, mieściłyby się pierwotne doświadczenia związane z ochroną życia organizmu. Byłaby to „głęboka wiedza przeżycia”, dająca o sobie znać lękiem. Nieświadomość, w której lęki samozachowawcze nakładałyby się i mieszały z ocenzurowaną treścią popędową, wypartą na wczesnym etapie rozwoju jednostki. Choć nie możemy mieć ostatecznej pewności, co kryje ludzka nieświadomość, to z pewnością na stawianie hipotez możemy sobie pozwolić.

Freud konstruując drugą teorię popędów odchodzi od konfliktu „głód – miłość”. Nie porzuca jednak popędów samozachowawczych. Włącza je w szeroko rozumiane siły libidinalne. To w nich będzie teraz działał lęk przed zagrożeniem i śmiercią. Freud, jak się wydaje, nie poświęca im jednak dużo uwagi. W metafizycznych rozważaniach Freuda fundamentalną rolę odgrywają zasady energetyczne działające w człowieku i w całej materii ożywionej. Najważniejsza z nich to zasada przyjemności. To, jak ją nazwał, sprawia, że może nam umykać jej negatywna funkcja: a mianowicie unikanie wrażeń przykrych, bolesnych, lękowych, inaczej mówiąc odsuwanie się od bodźców zagrażających.

Zasada przyjemności paradoksalnie odnosi się do lęku i bólu, których za wszelką cenę organizm chce uniknąć. Funkcjonuje w taki sposób, żeby aparat psychiczny był jak najmniej pobudzony, a ból i lęk to nic innego, jak silne negatywne pobudzenie. I o ile w dostarczaniu przyjemności, w miarę rozwoju, sprawdza się coraz bardziej zasada rzeczywistości, o tyle, w przypadku zagrożenia, bólu i lęku cały czas musi działać zasada przyjemności w swojej negatywnej wersji. Jej działanie uruchamia natychmiastową, błyskawiczną reakcję odsuwającą od zagrażającego bodźca. Wydaje się, że „negatywna” funkcja zasady przyjemności pozostaje na uboczu rozważań Freuda, chociaż wyraźnie mówi on o jej podstawowym zadaniu jako unikaniu nadmiernego pobudzenia. Zasadę przyjemności można by nazwać „zasadą przyjemności i bezpieczeństwa”. Z kolei zasadę rzeczywistości: „zasadą odroczenia”.

Najważniejszym tekstem, w którym Freud podejmuje kwestie dotyczące umierania, śmierci i śmiertelności człowieka jest traktat „Poza zasadą przyjemności”. (Freud, 1920/2009) Jest to tekst, w którym stawia on fundamentalne egzystencjalne pytania: czym jest śmierć, a czym życie? Jakie procesy są przyczyną śmierci? Gdzie jest źródło ludzkiej śmiertelności? Jakie procesy tworzą życie, a jakie śmierć? Jak powstało życie? Freud dokłada wszelkich starań, żebyśmy mieli wrażenie, że obcujemy z tekstem wyłącznie osadzonym w paradygmacie twardej pozytywistycznej nauki: biologicznym, fizycznym i psychoanalitycznym. Obok tych wymiarów dzieło to ma jednak znaczącą warstwę metafizyczną. W tej warstwie „Poza zasadą przyjemności” to traktat o żywiołach (duszy lub przyrody) Erosie i Thanatosie, pozostających w mistycznym konflikcie, odwiecznie istniejącym w materiach – ożywionej i nieożywionej. Traktat o warunkach przechodzenia materii z formy nieożywionej w formę materii ożywionej i odwrotnie. Traktat o źródłach życia i przyczynach śmierci.

Analizując istotę popędu śmierci, opisując konflikt popędowy z libido, przedstawiając konsekwencje kliniczne działania popędu śmierci Freud nie kieruje uwagi na lęk przed śmiercią. Nieuchwytna, potężna siła działająca we wnętrzu człowieka nie prowokuje refleksji nad potencjalnym źródłem lęku. Freud zdaje się nie odnosić do tego aspektu w szczególny sposób, pozostając badaczem i filozofem, którego nie poruszają dokonane przez siebie odkrycia. Nie poświęca uwagi temu, jak tragiczna, emocjonalnie wyczerpująca, przygnębiająca jest wizja życia, jaką opisał. Przychodzimy na świat z wrodzoną wewnętrzną siłą, która od początku pracuje, żeby nas zabić, która stara się za wszelką cenę zniszczyć nasze żywotne siły i pragnienia. Jest w tym tragizm i egzystencjalny ciężar.

Freud w późniejszych tekstach analizuje różne lęki wynikające z popędu śmierci. Konsekwentnie nie wymienia jednak wśród nich lęku przed śmiercią. Lęk przed śmiercią według Freuda nie wiąże się z percepcją śmierci, ale ma inne powiązania. Lęk przed śmiercią jest rozumiany przez Freuda jako pochodna lęku przed utratą. Utrata przez Freuda z kolei jednoznacznie i konsekwentnie wiązana była z lękiem kastracyjnym. W „Zahamowaniu, symptomie i lęku” Freud pisze:

Nigdy nie przeżyto stanu podobnego do śmierci, nigdy też coś w rodzaju niemocy nie pozostawiło po sobie dających się dowieść śladów. Dlatego pozostaję przy przypuszczeniu, że lęk przed śmiercią należy ujmować jako analogon lęku kastracyjnego. (str. 235 Freud 1926/2001)

Freud wraca do swojej myśli o braku reprezentacji śmierci w naszej psychice. Podkreśla, że największym zagrożeniem człowieka jest kastracja, że rozwojowo jest to lęk fundamentalny i formatywny. (Powstaje interesujące pytanie skąd w naszej psychice pochodzi reprezentacja kastracji, której śladów też trudno dowieść?) To lęk kastracyjny konstruuje sytuację edypalną i wyparty staje się przyczyną nerwicy. Według Freuda utrata na każdym poziomie rozwojowym – obiektu, miłości obiektu, czy też na poziomie symbolicznym zerwania połączenia znaczenia jak np. przerwane związki myślowe, to wszystko jest pochodną kastracji i lęku przed nią. W tym ujęciu świadomość utraty życia wywołuje również lęk kastracyjny.

Freud w „Zahamowaniu…” dokonuje wnikliwego spostrzeżenia pozostającego w pewnej sprzeczności z tym, co zostało powiedziane powyżej. Stwierdza, że lęk jest odpowiedzią na niebezpieczeństwo i bezradność. Co ciekawe, wymienia różne ważne niebezpieczeństwa towarzyszące dziecku i człowiekowi (np. utratę obiektu lub miłości obiektu), ale nie wymienia wśród nich śmierci. Lęk przed śmiercią i losem nie wydawał się Freudowi badaczowi istotny. Wydaje się, że nie był też znaczący dla Freuda człowieka. Stosunek do lęku przed śmiercią Freud ukazuje nie tylko w swoim dziele, ale przede wszystkim widzimy go w jego postawie życiowej. Wydaje się, że sam Freud nie był przerażony swoją śmiercią. „Śmierć stoika”, tak Peter Gay zatytułował ostatni rozdział biografii Freuda.

Freud przez ostatnie 20 lat swojego życia cierpiał na nowotwór jamy ustnej. Z wiekiem dolegliwości chorobowe, fizyczne stawały się coraz bardziej dokuczliwe. Freud nie uskarżał się, znosił je z godnością i opanowaniem. Lekarzem, który zyskał zaufanie Freuda (na początku choroby nowotworowej, wiele lat przed śmiercią) był Max Schur. Freud oczekiwał od niego całkowitej szczerości w informowaniu go o stanie zdrowia. Wyraził też życzenie, żeby nie narażać go na niepotrzebne tortury, kiedy choroba wejdzie w stadium terminalne. Po emigracji do Londynu Freud został poddany kolejnej operacji. Osłabł po niej i jego stan zdrowia uległ znacznemu pogorszeniu. Był świadom, że nadchodzi jego koniec. W ostatnich tygodniach i dniach żegnał się z najbliższymi współpracownikami, którzy przyjeżdżali zobaczyć się z nim po raz ostatni, unikając niepotrzebnych, nadmiernych emocji czy wzruszeń. Kiedy stan stał się zupełnie beznadziejny i cierpienie nieznośne, zakomunikował Schurowi: to dłużej nie ma sensu, proszę zrobić z tym, co uzna pan za stosowne w porozumieniu z Anną. Schur zaaplikował Freudowi podwójną dawkę morfiny. Freud zapadł w śpiączkę, Schur powtórzył dawkę, Freud nie wybudził się już i zmarł. Freud zmarł z godnością i odwagą. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że zdecydował się na eutanazję.

Wydaje się, że sposób w jaki Freud odszedł, może być odczytany jako wyraz niezgody na brak wpływu na swoją egzystencjalną przyszłość. Swoją śmierć do pewnego stopnia zaplanował i nie oddał jej nieprzewidywalnemu losowi. W „Ego i id” mówi, że lęk przed losem, to lęk przed niekochającym superego, które przestaje się troszczyć i być zadowolone z ego:

Superego pełni tę samą funkcję ochrony i ratunku jaką wcześniej pełnił ojciec; później tę funkcję zaczęły pełnić Opatrzność lub los. Identyczny wniosek musi wysnuć ego, gdy znajdzie się w nadmiernie wielkim niebezpieczeństwie realnym, którego jak mu się wydaje nie może pokonać o własnych siłach. Ja uważa, że wszystkie chroniące potęgi opuściły je, pozwalając mu umrzeć. Mamy tu nota bene do czynienia z tą samą sytuacją, która legła u podstaw pierwszego wielkiego stanu lękowego, podczas sytuacji narodzin i infantylnego lęku wywołanego tęsknotą, lęku wynikającego z oderwania od dającej ochronę matki. Na podstawie tych wywodów można uznać lęk przed śmiercią, podobnie jak lęk przed sumieniem, za opracowanie lęku przed kastracją. (str.261 Freud 1923)

Freud zakłada, że dla wielu ludzi koniecznym do wytrzymywania niepewności egzystencjalnej jest przekonanie o istnieniu sił opiekuńczych (np. Bóg lub opiekuńczy dżin lub anioł stróż), które to siły chronią i prowadzą człowieka bezpiecznie przez życie. Kiedy pojawia się zagrożenie, to przeważają uczucia opuszczenia przez owe siły opiekuńcze – symbolizowane przez matkę i ojca. Niestety wydaje się, że tak rozumiane siły opiekuńcze nie istnieją, że człowiek losowi jest najogólniej mówiąc obojętny i wielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę. I co wtedy?

Ten bolesny fakt realny łatwiej znosić, jeżeli są w nas uczucia miłości do siebie i świata. Melania Klein rozbudowała tę myśl, podkreślając wagę posiadania silnego wewnętrznego dobrego obiektu, który łagodzi stany lęku i prześladowania. Kochające, łagodne superego (podobnie dobry wewnętrzny obiekt) może sprawiać, że nie pojawi się niepewność wobec wyroków losu, ponieważ przeważającym uczuciem będzie bezpieczeństwo i zaufanie, przekonanie, że realne jest opiekuńcze i łagodne jak nasze superego. Będziemy być może mieć wtedy pewność, że jesteśmy kowalami swojego losu, co łagodzi lęk i daje poczucie bezpieczeństwa. Jednak powiązanie lęku przed nieprzewidywalnym i niepoznawalnym realnym z lękiem kastracyjnym (ostatnie zdanie cytatu) wydaje się karkołomną konstrukcją.

 

***

 

W rozważanej przez nas kwestii równie ważna jak freudowska jest psychoanalityczna narracja kleinowska. Klein nie zgadza się z tezą Freuda, że człowiek nie doświadcza lęku przed śmiercią. Przeciwnie niż on zakłada, że noworodek od pierwszych chwil życia odczuwa działanie popędu śmierci. Kontakt z popędem śmierci, uważa Klein, wywołuje w noworodku przerażenie, lęk agonalny, lęk przed unicestwieniem.

Klein pisze: działanie popędu śmierci sprawia, że w nieświadomości istnieje poczucie śmierci. Ten psychiczny fakt niesie za sobą zasadnicze konsekwencje rozwojowe, kliniczne i poznawcze. Dalej czytamy: Nie podzielam tego poglądu [Freuda], ponieważ moje obserwacje analityczne wskazują, że w nieświadomości istnieje lęk przed unicestwieniem życia. Myślę, że jeżeli zakładamy istnienie popędu śmierci, to musimy również założyć, że w najgłębszych warstwach psychiki istnieje odpowiedź na ten popęd w postaci lęku przed unicestwieniem życia. Zgodnie z moim poglądem, niebezpieczeństwo wynikające z wewnętrznego działania popędu śmierci jest zatem pierwszą przyczyną lęku.

W teorii Kleinowskiej zasadniczy rozwój emocjonalny – przejście przez pozycje schizoparanoidalną i depresyjną – jest ściśle związany z dynamiką popędu śmierci i lękiem przed nim. Również konstrukcja poznawcza człowieka tworzy się w odniesieniu do tej dynamiki. Siła projekcji i rozszczepienia, które mniej lub bardziej wpływają na odbiór rzeczywistości zależą od formy lęku, jaka działa w danym momencie, a który powstaje z zagrożenia śmiertelną siłą popędu śmierci. Klein twierdzi, że lęk przed śmiercią jest zasadniczym lękiem człowieka.

Jak zostało powiedziane Freud i Klein znacząco różnią się w swoich poglądach odnośnie znaczenia i konsekwencji emocjonalnych lęku przed śmiercią. Nie różni ich natomiast wyjaśnienie śmiertelności człowieka. Zarówno w myśleniu Freuda, jak i Klein, śmierć przychodzi z wnętrza człowieka. To popęd śmierci, autoagresywna siła jest jej przyczyną. Jakie jest miejsce losu w takim ujęciu ludzkiej śmiertelności? Czy jest miejsce na zagrożenie płynące z realnego zewnętrznego? Jakie jest miejsce na wynikającą z tego bezradność i brak wpływu?

Można przypuszczać, że umiejscowienie źródła śmierci wewnątrz człowieka usuwa lub osłabia lęk przed niewiadomą przyszłością. W takim ujęciu wszystko, co nas spotyka, włącznie ze śmiercią, jest wynikiem działania sił nieświadomych. Można więc powiedzieć, że los, który kieruje naszym życiem jest wewnątrz nas. Ale nie jest to już los, zewnętrzne realne, na które nie mamy wpływu. Jest to nasza wewnętrzna dynamika, ścieranie się destrukcyjności z miłością, Erosa z Tanathosem, dynamika co prawda nieświadoma, ale na którą jednak do pewnego stopnia możemy mieć wpływ. Możemy próbować docierać, poznawać nieświadomość, w analizie przepracowywać siły i nieświadome konflikty, czyniąc nasze życie bardziej poddanym wpływowi świadomości.

Możemy założyć, że to, jak przeżywamy naszą śmiertelność, to jak odnosimy się do nieprzewidywalności przyszłości, związane jest ze sferą nieświadomej fantazji. Fantazje są naszym subiektywnym konstruktem, który, jak się wydaje, jest możliwy do przekształcenia. Możemy istotnie wpływać na bezradność i lęk. Możemy też zakładać, że nasza śmiertelność, także popęd śmierci, ma reprezentacje w fantazjach. I być może, możemy mieć na niego wpływ, możemy owe fantazje przepracowywać i łagodzić jego działanie poprzez analizę. Można spotkać się z opinią, że psychoanalitycy żyją dłużej, a ich życie i starość są aktywniejsze i bardziej twórcze niż zwykłych śmiertelników. Nie wiadomo, czy ktoś przeprowadzał statystyczne porównania w tej kwestii, ale jeśliby faktycznie tak się wydarzyło, być może nasza grupa zawodowa dołączyłaby do Japończyków z wyspy Kioto i Sardyńczyków. Przy czym Sardyńczycy i Japończycy zawdzięczają to ponoć diecie i stylowi życia a psychoanalitycy być może przepracowaniu popędu śmierci….

Pozostają otwartymi pytania: czy popęd śmierci, wewnętrzną agresję można przepracować w analizie? Czy można mieć na jego siłę i działanie wpływ? Być może terapia i analiza może przekształcić jego pierwotne surowe działanie? Z pewnością możemy uświadomić sobie działanie i skutki zawiści, możemy być mniej destrukcyjni w naszych związkach i wyborach życiowych. Ale popęd śmierci i tak będzie istniał i doprowadzi do naszej śmierci. Jest podobnie nieunikniony jak los, tylko działa jako los wewnątrz człowieka. Ale mamy też możliwości przekształcenia lęku przed śmiercią. Podstawowo ważny w narracji kleinowskiej jest dobry wewnętrzny obiekt, który łagodzi, osłabia wewnętrzne siły destrukcyjne, sprawia też, że zrządzenia losu (czyli zewnętrznego realnego) przeżywane są z większym spokojem i poczuciem bezpieczeństwa.

Powstaje kolejne pytanie: czy umieszczenie śmiertelnego zagrożenia, siły śmiercionośnej w każdym z nas zmienia też w sposób fundamentalny poczucie naszego miejsca we wszechświecie? Czy w ten sposób nie umieszcza nas w jego absolutnym centrum? W tej metafizyce, to siły umieszczone wewnątrz nas wpływają na nasz los. Nieświadomość – ale jednak nasza nieświadomość – uśmierca nas od środka. Czy perspektywa ta nie tworzy iluzji, że możemy mieć kontrolę nad wszystkim, lub że powinniśmy zmierzać do kontroli nad wszystkim? Czy nie odsuwamy w ten sposób przerażenia, że naprawdę tak niewiele wiemy…, że los jest tak bardzo niewiadomy…?

 

***

 

Pojawienie się wirusa covid zburzyło ludzkie gatunkowe poczucie bezpieczeństwa, które pozwalało człowiekowi skutecznie odsuwać świadomość własnej śmiertelności. Zburzyło również ludzką pewność kontroli i panowania nad całym światem ożywionym. Covid zrzucił człowieka z boskiego piedestału, który dawał iluzję podporządkowania sobie całej planety, całego ziemskiego życia. Przypomniał mu również o nieprzewidywalnym losie, o tym, że tak niewiele wie…

Człowiek jako gatunek od wielu już dekad mógł mieć pełne poczucie, że jest Panem Stworzenia, całkowicie panującym i bezpiecznym na planecie. Nic poza nim samym nie stanowi dla niego poważnego gatunkowego zagrożenia. Od dawien dawna w zasadzie nie zagrażają mu żadne zwierzęta żyjące na wolności. Lwy, niedźwiedzie, wilki, krokodyle nie polują w miejscach, gdzie żyje człowiek, nie atakują go, żeby go pożreć, nie czyhają na niego w lasach, na polach, czy miejskich ulicach. Owady bywają dokuczliwe, ale poza incydentalnymi bolesnymi ukąszeniami nie stanowią zagrożenia gatunkowego. W naszym obszarze geograficznym, szczęśliwie od 70 lat nie doświadczyliśmy zagrożenia wojennego. Nad innymi organizmami, niż nasz gatunkowy bliźni, zdobyliśmy całkowitą władzę. Z bezmyślności i niewiedzy, a przeważnie z gatunkowej wygody, nawet nie zauważając, że bezpowrotnie niszczymy złożone ekosystemy. Miliardy hodowlanych zwierząt zamknęliśmy w przemysłowych farmach, gdzie żyją tylko po to, żeby być naszym pożywieniem.

Rozwój medycyny i higiena, a przede wszystkim szczepienia, zabezpieczyły nas przed organizmami niewidocznymi dla naszego oka. Śmiertelne i masowe ataki mikro organizmów, zwane epidemiami – wydawało się – zniknęły z powierzchni ziemi. Staliśmy się gatunkiem przekonanym, że naprawdę wygraliśmy walkę o byt i już nic nam nie grozi z wyjątkiem nas samych. Biblijne słowa Idź, czyń Ziemię sobie poddaną spełniły się. Tak przynajmniej mogliśmy się łudzić. Postawiliśmy siebie ponad prawami dotyczącymi całej przyrody. Pozostawaliśmy w iluzji, że człowiek w swojej narcystycznej boskości wymknął się z łańcuchów pokarmowych, w które włączone są wszystkie bez wyjątku istoty żywe. (Kto mógłby pożreć człowieka! Jakże to nie do pomyślenia!)

Trudno nam dopuścić myśl, że jak każda żywa istota możemy być wartościowym i smakowitym pożywieniem dla innych istot żywych. Stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, posiadający rozum, mowę i wyobraźnię, człowiek zapomniał, że jest zbudowany z bardzo atrakcyjnych białek, cukrów i soli, odżywczych składników, z których z chęcią skorzystałoby wiele organizmów. Rzeczywiście raczej nie grozi nam pożarcie przez wielkiego drapieżnika, ale zapomnieliśmy, że istnieją organizmy ledwie dostrzegalne. Grzyby, bakterie, larwy owadów w ciągu zaledwie kilku tygodni zjadają ludzkie martwe ciało zostawiając jedynie szkielet.

Pojawienie się covidu skonfrontowało nas z faktem, że istnieją i nie dają się kontrolować takie organizmy, które mogą nas kolonizować i używać jako pożywne, komfortowe miejsce dla swojego nieograniczonego rozmnażania. Być może jest to oburzający, redukcjonistyczny punkt widzenia na miejsce człowieka w przyrodzie, ale warto zwrócić uwagę, że my, jako gatunek robimy dokładnie to samo, co wirus, ale na całej planecie. Na nasze usprawiedliwienie warto powiedzieć, że każdy gatunek chciałby zapanować nad innymi gatunkami, żywić się nimi i rozmnażać, taka jest jedna z zasadniczych właściwości libido, w które wyposażona jest każda żywa istota, każda forma materii ożywionej. Warto też zwrócić uwagę, że człowiek w tej właśnie kwestii odniósł na ziemi znacznie większy sukces niż covid i jakikolwiek inny śmiertelny wirus.

 

***

 

Doświadczenie pandemii wpisało się w dyskusję psychoanalityczną zapoczątkowaną przez Freuda w traktacie „Poza zasadą przyjemności”. Metafizyczne pytania stawiane przez Freuda nabrały silnego emocjonalnego znaczenia. Przestały być metafizyką, stały się empirią. Co jest przyczyną ludzkiej śmiertelności? Czy wewnętrzna nieświadoma siła popędowa (popęd śmierci), czy realne zewnętrzne? Doświadczenie zagrożenia zarażeniem wirusem covid wydaje się przypominać, że śmierć dość często może przychodzić z zewnątrz.

Wielu z nas analityków z pokorą myślało o nieposkromionych wewnętrznych siłach nieświadomych (np. popędowych), na które mamy tylko ograniczony wpływ. To wewnętrzne nieświadome stanowiło zagrożenie dla naszej równowagi, było źródłem lęku. Covid być może namacalnie skonfrontował nas z faktem, że zewnętrzne realne i jego właściwości, mogą być przyczyną różnorodnych stanów wewnętrznych. Podobnie jak lęki i fantazje niemowlęcia mogą być odpowiedzią na realne właściwości matki.

Czy covid bardziej mógł uwrażliwić nas analityków na wpływ realnych właściwości obiektów i środowiska na wewnętrzną dynamikę? Czy bardziej jesteśmy skłonni rozumieć dynamikę lękową jako odpowiedź na realne traumatyczne zagrożenie wynikające z właściwości otoczenia? Wydaje się, że jako analitycy, podobnie jak cały ludzki gatunek, zostaliśmy również narcystycznie urażeni. Okazało się, że pojawiło się realne, które nic nie robi sobie z interpretowania, z settingu analitycznego, realne, które napawa takim lękiem, że unieruchamia nasze podstawowe narzędzie – myślenie. Im bardziej ktoś z nas zakładał, że analizowanie subiektywnego wnętrza będzie drogą do nieograniczonych przekształceń odbioru realnego i zmiany tego realnego, tym bardziej mógł, jak się wydaje, doznać większej, narcystycznej rany.

My, analitycy, jak i inni ludzie, skonfrontowaliśmy się z faktem, że fundamentalne dla człowieka staje się pragnienie przeżycia i przetrwania. Lękiem, który może dominować w takiej sytuacji, jest lęk przed śmiercią. Lęk ten może wywoływać inne lęki, ale wydaje się być w tej sytuacji lękiem pierwotnym (bazowym). Covid być może w tym kontekście uświadomił nam, że naszą istotą jest cielesność. Myśl Freuda, że ego jest podstawowo cielesne nabrała prawdziwej treści. Lęk przed śmiercią związany jest z naszym ciałem, które niezwykle silnie zorientowane jest na zewnętrzne realne. Nasze ciało nie karmi się fantazjami i przeważnie nie zaraża się fantazjami. Najważniejszym dla naszego ciała jest pragnienie przeżycia, przetrwania w warunkach stworzonych przez zewnętrzne realne.

Nasze ciało jest takie, jakie jest, ponieważ chciało przetrwać i żyć. Nasze ręce i nogi, wątroba i nerki, oczy, uszy i mózg kształtowały się w trudnej relacji z realnym. Czy tego chcemy, czy nie, odbyło się to w sytuacji twardego doboru naturalnego. Wydaje się, że cała ludzka zdolność myślenia i wyobraźni powstała w związku z rozwojem funkcji unikania lub zbliżania, zapewnienia sobie bezpieczeństwa i ochrony życia. Poezja i filozofia podłączyły się do tych operacji mentalnych dużo później.

Lęk przed śmiercią to lęk o ogromnej sile. Wielu analityków pod jego wpływem bardzo szybko zdecydowało się na zdalną pracę. Rezygnacja z podstawowej zasady analitycznego settingu (kontaktu osobistego) dla wielu z nas mogła być bolesna i upokarzająca, jako wyraz ulegania lękowi. Raczej odwaga i godność uważane są bowiem za pożądane cnoty. Można myśleć, że my analitycy przekonani o naszej niezależności i odwadze w penetrowaniu groźnych i niepoznanych lądów nieświadomości, mogliśmy czuć się ugodzeni w nasze poczucie wartości, ulegając bardzo silnemu lękowi przed realnym zewnętrznym. Istotą realnego zewnętrznego wydaje się jego nieprzewidywalność i to jest najtrudniejsze emocjonalnie. Covid skonfrontował nas z nieprzewidywalnością. Niewiadomy Los przybrał postać epidemii.

Wydaje się, że lęk przed nieprzewidywalnym został wypchnięty z naszej świadomości. Tak, jak zostało powiedziane powyżej, nie był też istotny w myśleniu analitycznym. Lęk przed realnym nieprzewidywalnym nie istniał w istotnej narracji analitycznej. Lęk ten wydawał się usunięty z pola analitycznej uwagi. Wydaje się, że pod wpływem doświadczenia covidu nastąpiło zwielokrotnione „odbicie” tego ukrytego lęku. Lęk ten przybrał formę lęku przed śmiercią. Podważył fundamenty naszego poczucia bezpieczeństwa z powodu niepewności i nieprzewidywalności nadchodzącej przyszłości. Masywny lęk i utrata bezpieczeństwa z oczywistych powodów zakłóca testowanie rzeczywistości i myślenie. Paradoksalnie Covid zwrócił uwagę na znaczenie realnego, ale jednocześnie uruchomił bardzo silne lęki, które uniemożliwiały jego testowanie.

Lęk przed wyrokiem losu utrudnia albo wręcz uniemożliwia tworzenie realnego obrazu rzeczywistej skali zagrożenia, uniemożliwia korzystanie z danych statystycznych i matematycznych. Śmiertelność w przypadku tej choroby jest stała i wynosi około 3% osób, które zachorują. (Czyli na stu chorych trzy osoby umierają). Jednak lęk przed nieprzewidywalnym sprawia, że boimy się, że znajdziemy się właśnie w tych trzech procentach. To, czy tak się stanie czy nie, leży w rękach nieprzewidywalnego losu. I to przeraża. I żadna statystyka czy matematyka nie uspokoi lęku przed nieprzewidywalnym. Zwłaszcza wtedy, gdy stawka jest najwyższa, to znaczy, gdy możliwa jest śmierć.

Śmiertelne przerażenie i zablokowanie myślenia prowadziło niekiedy do sytuacji niewyobrażalnych przed epidemią, unaoczniających skalę lęku, jaki się uruchomił. Ciężko ranne osoby po wypadkach, osoby umierające na zawał, wylew, udar nie były wpuszczane do szpitali z powodu potencjalnego zagrożenia covidowego. Umierały na izbach przyjęć. Wcześniaki były oddzielane i pozbawiane kontaktu ze swoimi matkami. Nastolatki oderwano od ich rówieśniczego środowiska, podstawowo niezbędnego dla ich rozwoju (zamknięte szkoły). Możemy zobaczyć zalewającą siłę lęku przed śmiercią i realnym nieprzewidywalnym, który blokuje elementarne ludzkie odruchy pomocy umierającemu i zabrania kontaktu matce z noworodkiem. Uruchomiony lęk (przed nieprzewidywalnym) który przez długi czas był stłumiony i niezauważony, zablokował przytomne rozważenie podjęcia ryzyka i oszacowania potencjalnych konsekwencji decyzji. Jak prawdopodobny byłby covid (tragiczny przebieg) u młodej matki lub noworodka? Jakie konsekwencje przyniosło oddzielenie matki i wcześniaka? Czy izolować nastolatki, czy osoby starsze? Jakie konsekwencje przyniosła izolacja nastolatków? Co wybrać?

Wydaje się, że przed podobnymi pytaniami stanęły również środowiska terapeutyczne. Jakie jest prawdopodobieństwo zarażenia i ciężkiego przebiegu covidu u analityków i pacjentów? Jakie będą konsekwencje kliniczne, emocjonalne porzucenia pacjentów i przejścia na pracę zdalną? Jaką podjąć w takiej sytuacji decyzję? Jak już powiedziano, lęk przed losem (śmiercią) uniemożliwia wyważone myślenie. Lęk przed niewiadomym jest zbyt obezwładniający, zwłaszcza kiedy pojawił się tak nagle i intensywnie, bez uprzedniej możliwości refleksji i nadania znaczenia. Ryzyko istnieje zawsze. Nie wiemy, co los zdecyduje. Może znajdziemy się w grupie ryzyka. Los nie kieruje się logiką i rachunkiem prawdopodobieństwa.

Im bardziej docierała do nas ta myśl, tym bardziej podejmowaliśmy restrykcyjne środki, które miały nas uchronić przed przeznaczeniem/ zarażeniem, przed wyrokiem losu. Im bardziej boimy się, tym bardziej staramy się mieć wszystko pod kontrolą, wydaje się nam, że jesteśmy racjonalni i panujemy nad sytuacją. W ten sposób odbudowujemy nasze poczucie bezpieczeństwa. Za wszelką cenę chcemy zachować poczucie, że trzymamy nasz los w naszych rękach. Procedury, obostrzenia, oświadczenia i coraz bardziej surowe superego wobec tych, którzy próbowali trzymać się bardziej matematyki i rachunku prawdopodobieństwa. Superego usiłowało wypełnić zadanie, a raczej podstawową ludzką nadzieję i ludzki ideał: Nikt nie może zachorować i nikt nie może umrzeć. Wszystko będzie przewidywalne i ochronione. Kierując się świadomym i rozumnym całkowicie zapanujemy nad nieprzewidywalnym losem!

Większość analityków przeszła na pracę zdalną, część pracowała osobiście, kiedy pozwalały na to zarządzenia rządowe. Jedni i drudzy mierzyli się na swój sposób z lękiem przed nieprzewidywalnym. W marcu 2020 towarzystwa analityczne i terapeutyczne wydały zdecydowane oświadczenia o rekomendacji natychmiastowej pracy zdalnej z pacjentami w sytuacji 50 zachorowań w 37 milionowej populacji.

Losu nie sposób przewidzieć i można się go naprawdę bać. Oczywiście, że należy próbować się przed nim chronić. Ale nigdy nie wiemy, czy ochrona przed losem jest rzeczywiście racjonalna, czy jest tylko iluzją, bo losu się nie przewidzi. Oczywiście iluzje są fundamentalnie potrzebne dla poczucia bezpieczeństwa i łagodzenia lęku. Są nam wszystkim potrzebne do przeżycia jak powietrze. Ale warto pamiętać, że dobrze aby iluzje nie nabierały mocy surowych nakazów płynących z superego. Oczywiście można pomyśleć, że lęk przed superego jest daleko łatwiejszy do zniesienia, niż lęk przed zewnętrznym nieprzewidywalnym.

Komentarze:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

#1

Redakcja: Barbara Barysz, Julia Jastrzębska, Ewa Kobylińska-Dehe, Zbigniew Kossowski, Andrzej Leder, Adam Lipszyc.

Kontakt: wunderblock@wunderblock.pl

Ośrodek Myśli Psychoanalitycznej